Jak zostałem czarną owcą w stadzie malkontentów…

Ostatniego czasu widzę po sobie i po blogu, że jakoś sobie odpuściłem… Gdy zaczynałem jego tworzenie, byłem pełny zapału, pasji i chęci przybliżenia szerszej grupie odbiorców zawodu kierowcy, w tym przypadku auto-transportera. Szybko jednak frustracja spowodowana postępowaniem i organizacją pracy w firmie, w której pracuję, przekształciła cały zamysł w krucjatę i głośne obwieszczenia mych przemyśleń pod jej adresem. Lecz to wszystko znalazło swój kres, zanikły praktyki (choć nie wszystkie), które mnie osobiście rozwścieczały do tego stopnia, iż w pewnym momencie uznałem dalszą walkę za bezcelową i postanowiłem z finezją i gracją rzucić przysłowiowymi kluczykami i wkroczyć na drogę prawną.

 

Z perspektywy czasu wiem i wstydzę się tego, iż moje dzieło w postaci tych wypocin na niniejszym blogu stopniowo się zacierało, dlatego po długich rozważaniach postanowiłem znów wykrzesać w sobie tę iskrę entuzjazmu, który popchnął mnie w kierunku pisania, zarzucić skupianie się tylko na wylewaniu żalów. Przecież Internet jest tym przesiąknięty, każde forum o transporcie aż kipi od wściekłości, wyzwisk i oskarżeń… Lecz jest jedno co, myślę, ratuje mnie w oczach czytelników, mianowicie to, iż ja jestem autentyczny, nie kryję się za anonimowością sieci, wystawiam na forum publiczne samego siebie, firmując każdy z artykułów swoim imieniem i nazwiskiem.

 

Dlatego w pewnym momencie powiedziałem dość! Czas powrócić do korzeni! Łatwo jednak powiedzieć, trudniej wykonać. Okazuje się, że przyzwyczajenia łatwo jest nabrać, trudniej zmienić. Ale starałem się, wiele tekstów zaczynałem i nigdy nie kończyłem, trudno mi było odnaleźć w nich znowu radość, lecz powoli systematycznie pisałem coraz więcej, znów zaczynam czuć tę euforię, kiedy czytam po raz enty tekst przed wysłaniem do pani, która zajmuje się ich korektą. (Tak, ten brak błędów ortograficznych i interpunkcyjnych to nie moja zasługa i może, gdybym nie olał w szkole badań, mógłbym się dzisiaj wykpić dysleksją).

 

Ba! Nawet, aby być wiarygodnym i sumiennym w tym, co wam przedstawiam, podkreśliłem także zalety firmy, doceniłem zmiany, jakie w niej zaszły, ludzi, którzy w niej pracują. Rozkręciłem fanpage, czyli po prostu swoją stronę na Facebooku,  zainicjowałem swój autorski projekt #GiveMeWysokaKabine (w hasztagach niestety polskie litery z tzw. „ogonkami” nie funkcjonują), starałem się w pełni uruchomić kanał na YouTube, nawet poszedłem trochę w komercję i przelewając na materiał różne głupoty, które urodziły się w mej głowie lub zostały zasłyszane, uruchomiłem sklep z koszulkami. (Nie bójcie się, nie umieściłem tam swojej twarzy. Zdaję sobie sprawę, iż mam twarz typowo radiową ale nadrabiam poczuciem humoru).

 

Ciężko byłoby udawać szczerość, mówiąc, że nie zrobiłem tego dla korzyści finansowych. (Tak, na koszulce zarabiam około 3 zł). Mógłbym powiedzieć, iż zrobiłem to, aby zwrócić sobie koszty, jakie poniosłem i ponoszę w związku z funkcjonowaniem tego mojego małego pseudo-koncernu medialnego i to by nawet nosiło znamiona logiki tudzież byłoby zgodne z prawdą, chociaż nie do końca. Od początku wystrzegałem się myśli o monetyzacji bloga, dlaczego? Otóż znam swoje słabości i jedną z nich jest wieczny niedosyt, wszechobecne pragnienie, można to nazwać ambicją, jednak ja wolę nazywać rzeczy po imieniu, to po prostu „chciwość”, a takie niskie pobudki są w stanie zrujnować nawet najbardziej niewinny projekt.

 

#GiveMeWysokaKabine

Jest to mój autorski projekt. W jego ramach staram przekonać firmę, aby przy wymianie mojego auta, postawiła na wysoką kabinę… Rozumiejąc, że podstawowym zadaniem każdej z firm w kapitalistycznym świecie jest zysk, musiałem wymyślić, jakim cudem auto w wysokiej kabinie nie sprawi, że będę zabierał mniej samochodów niż inni. To spowodowało, iż metodą prób i błędów tworzę swój własny sposób ładowania/ustawienia samochodów, którego zdjęcia umieszczam na profilu facebookowym bloga. W momencie kiedy piszę ten tekst, zbliża się trzeci miesiąc, od kiedy nie wjechałem autem na tzw. „balkon” nad kabiną mej ciężarówki. Fakt ten daje mi coraz większy komfort oraz zwiększającą się pewność, iż moja teoria była słuszna. Oczywiście aspekt ładunków jest wiodącym, jednak aby osiągnąć swój cel, zamierzam przekonać zarząd mej firmy także walorami reprezentacyjnymi oraz reklamowymi auta w takiej konfiguracji.


Wszystko zaczyna wracać na stare tory, znów piszę, dodaję coraz więcej materiałów i wtedy przyszedł cios ze strony, co do której się go nie spodziewałem… Mianowicie od dotychczasowych kolegów, teraz tylko znajomych, kierowców z firmy.

 

Kiedy głośno piętnowałem firmę na blogu, a także na żywo, nie dostrzegłem tego, jak wielu popleczników znalazłem, jak często spotykałem się z wyrazami uznania dla mych wpisów, jak często byłem poklepywany po przysłowiowych „plecach” oraz jak równie często odzywał się mój telefon, wieszcząc nadchodzące połączenie od „kolegów z firmy”. Po pierwszym wpisie kończącym mą małą batalię z firmą i wypowiadającym się już o niej cieplej wyrazy uznania znikły, ręka, która poklepywała mnie wcześniej, teraz najchętniej zacisnęłaby się na rękojeści sztyletu z zamiarem wbicia go w rzeczone plecy, a sam telefon zamilkł, niczym ostatni oddech konającego.

 

Na początku nawet o tym nie pomyślałem, no bo przecież dlaczego? W końcu zawsze opisuję prawdę, nie dorabiam historii, nie koloruję, nie donoszę na innych, a co najważniejsze, nie aspiruję do miana pupilka firmowego poprzez podpowiadanie, gdzie by się dało załadować więcej niż obecnie, więc niby dlaczego mieliby się odwrócić plecami? Przełom nastąpił, kiedy zaczęły do mnie docierać informacje od garstki kierowców z firmy, których mogę nazwać kolegami, o wypowiedziach tudzież debatach pod mym adresem (szczególnie w busie, kiedy firma zawozi kierowców na place, gdzie parkujemy auta na weekend). Niektóre wypowiedzi i komentarze były, delikatnie ujmując, bezczelne i chamowate, ale summa summarum skłoniły mnie do zastanowienia.

 

Rozwieję wątpliwości tych, którzy te komentarze wygłaszają, a namiętnie śledzą mego bloga. Nie zastanawiałem się, czy przerwać to, co robię. Mnie zastanowił powód, dla którego te osoby się tak zachowują i wreszcie zrozumiałem. Znaczące było to, że z całej rzeszy tych osób tylko dwie potrafiły spróbować mimochodem wspomnieć, że nie podoba im się to, co robię, jednak zawsze odbywało się to w grupie osób, potrafili odnaleźć swój „nabiał”, tylko będąc w stadzie i to nawet za dużo powiedziane, gdyż uwagi były puszczane tak niby mimochodem, wyglądało to bardziej na próbę pokazania większych praw posiadanych przez starego kierowcę względem takiego w ich mniemaniu świeżaka jak ja. Nota bene równie znaczące jest to, że całe uwagi kończyły się momentalnie po pierwszej ripoście z mej strony, widocznie nie byli przygotowani, że można się im odszczeknąć.

 

Doszedłem do wniosku, że tym osobom po prostu brak odwagi. Mocni i silni są tylko za plecami, na parkingach, kiedy stoją w weekend przy kielichu. No dobrze, ale co ich tak zabolało? Odpowiedź to właśnie brak własnej odwagi. Do tej pory to ja jeden, i to w dodatku członek grupy młodszych kierowców w firmie, wygłaszałem publicznie to, co denerwowało wszystkich, to ja miałem odwagę. A oni ustawili się grzecznie za mymi plecami tak, aby popierać i przyłączać się do mych słów, lecz by jednocześnie nie wystawać poza moją sylwetkę, aby, nie daj Boże, oko dyrekcji czy kierownictwa ich nie dojrzało.

 

To przywodzi mi na myśl książkę Normana Daviesa pt. „Serce Europy”, gdzie opisując historię Polski, w pierwszym rozdziale skupia się na czasie rządów komunistów w naszym kraju, szczególnie fragment o „Nomenklaturze” i znaczeniu tego wyrażenia w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej:

 

Nomenklator ‒ w starożytnym Rzymie niewolnik stale towarzyszący swemu panu i mający obowiązek przypominania mu nazwisk spotykanych osób, z którymi pan jego powinien był wymienić pozdrowienie; było to szczególnie ważne przy ubieganiu się o stanowisko w okresie republiki.

 

A jeszcze trafniejsze byłoby znaczenie „nomenklatury”, tak jak go używano w naszej ojczystej mowie:

 

Jest to wyraz łaciński odnoszący się do rejestrów posiadłości ziemskich należących do wielkich feudalnych magnatów i na zasadzie rozszerzenia – do dzierżawców, którzy te majątki posiadali.

 

Te dwa znaczenia pasują jak znalazł do mentalności „Betonu Kierowców” w mojej firmie. Po pierwsze zachowują się, jakby firma była ich własnością (tu odpowiada znaczenie z ojczystej mowy). To oni chcą dyktować warunki, jakie ładunki, kto i kiedy, czego nie będą robić, a co może, jak im się zechce… Bo przecież tak ponoć było w firmie naście lat temu! Nie ma dla nich znaczenia, że czasy się zmieniają, konkurencja rośnie i dziś w galopującym kapitalizmie trzeba nadążać za zmieniającym się światem, a kto zostaje w tyle ten ginie… I ktoś patrząc z zewnątrz, może uznać to za hipokryzję w mym wydaniu, jednak kiedy zaznajomi się z ładunkami i pracą w firmach na około (pomijając finanse), zrozumie, że każda firma podnosi wydajność, tylko w Wedze to idzie jak reforma ZUS-u.

Zostaje nam także znaczenie rzymskie i tu dochodzimy do sedna problemu. Te osoby są jak ten niewolnik naskakujący panu i służący mu, niczym ratlerek, któremu pomachamy przed nosem kawałkiem kiełbaski, skaczą i tańczą jak im pan zagra. Myślicie, że to kłóci się z tym, co napisałem o ich aspiracji do sprawowania rządów w firmie? Nic bardziej mylnego! Oba te określenia spaja w ich przypadku wypomniany wcześniej brak odwagi, to dlatego tańczą jak im zagrają, a swoje aspiracje okazują, odchodząc po występie sprzed oblicza pana, kiedy zaczynają cicho pod nosem skamleć swe wielkopańskie wywody.

 

W taki sposób zostałem czarną owcą w firmie, wyrzutkiem, którego obwiniają o to, że firma zacznie od nich wymagać. Ale to siebie powinni obwinić o ten stan, to nie ja zabrałem im odwagę, to nie ja sprawiłem, że są przydupasami silniejszych od siebie, to nie ja wykastrowałem ich z godności.

Można mi zarzucić że zmyślam, że to nie jest możliwe? Ja odpowiem tylko tym, że przez pięć lat kariery jako kierowca przerobiłem trzy różne firmy i tylko w obecnej kierowcy nie trzymają się razem. Mało tego, jeden drugiego sprzedałby za paczkę drażetek i lepszą trasę, zachowują się jak dzieci. Dobrym tego przykładem jest ostatnie spotkanie z zarządem, które zwołali…

 

Spotkanie zorganizowane przed samymi świętami wielkanocnymi. W sumie większość kierowców nawet o nim nie wiedziało, co jeszcze bardziej zabawne, kierowca, który je organizował, nawet nie raczył się na nim zjawić. Ale do sedna, obecni tam kierowcy poszli bez żadnego planu, żadnej strategii wysuwanych postulatów, zamiast konkretnej wizji wylali po prostu wszystkie żądania niczym wiadro pomyj. Jedni chcieli, aby podnieść płacę z kilometra, drudzy, aby zaczęto płacić za weekendy w kabinie, trzeci, aby firma płaciła za przejazd pociągami przez Austrię, a czwarci, gratisowo, aby ładunki były mniejsze… Nie wiem, co chcieli tym osiągnąć? Dyrekcja miała sobie wybrać któryś postulat? Zachowali się jak marudzące dzieci przed leżakowaniem w przedszkolu i w ogóle mnie nie dziwi zachowanie dyrektora, który nawet nie wszedł z nimi w dyskusję, za to po mistrzowsku wyczuł, z jakim poziomem ludzi rozmawia, zgrabnie zmieniając temat na zakup nowych ciężarówek w firmie. Na to hasło dzieci aż podskoczyły z radości, zupełnie zapominając o celu, z jakim tu przyszli. Momentalnie zasypali dyrektora pytaniami, jakie to będą zabudowy? Jakie ciężarówki? Jak wyposażone? Ile koni? Nie było mnie na tym spotkaniu, jego przebieg znam tylko z relacji, ale wyobrażam sobie dyrektora w tym momencie jako triumfującego tresera małp, patrzącego z dumą na taniec swych podopiecznych wymuszony obietnicą cukierka.

 

Nie, żebym nie zgadzał się z tymi postulatami, w całej mierze je popieram. Mnie uderza tylko to, że „Beton kierowców” w firmie nie potrafił wypracować jednego postulatu, z którym pójdą na spotkanie. Nie potrafili stać się jednym ciałem, nie znali metody małych kroczków. W innej sytuacji postawiliby zarząd jednym konkretnym postulatem wysuniętym przez grupę kierowców. Tego już zarząd firmy, a w szczególności firmy transportowej, nie mógłby zignorować, nie wdając się w polemikę. A wyobraźcie sobie, jaki wydźwięk miałby jeden postulat wysunięty przez wszystkich kierowców? Firma może sobie pozwolić na ryzyko straty dwóch czy trzech kierowców, ale nie dwudziestu czy wszystkich osiemdziesięciu.

 

Ale tak się nigdy nie stanie, ponieważ tu wychodzi zamiłowanie do komunizmu wśród kierowców. Ci z nowych aut żądają większej stawki kilometrowej, jakaś grupa wespół z Ukraińcami żąda płacy za weekend w kabinie, Ci którzy jeżdżą starszymi autami żądają płacy za przejazd pociągami, do tego niezdecydowani i nieliczne odłamy powyższych grup żądają mniejszych ładunków. Żadna z tych grup nie zamierza ustąpić, nawet gdyby powstał wśród kierowców plan, aby co pół roku wymusić na firmie spełnienie jednego z żądań, plan taki musiałby spalić na panewce. Powód? Prosty, żadna grupa nie zgodzi się, aby jej postulat nie był pierwszym. Nie przeżyliby, gdyby ktoś miał pierwszy lepiej od nich, w dodatku nie ufają sobie nawzajem, co powoduje podejrzenia, że jeśli jedna grupa osiągnie swoje cele, to nie wesprze w żądaniach innej…

 

Dlatego ja osobiście liczę na młodych kierowców, którzy potrafią budować struktury jednego frontu, mają odwagę młodego wieku, nie boją się zmian, potrafią adaptować się do zmieniającej się sytuacji, a w szczególności mają dość odwagi, aby stanąć wspólnie i z rozwagą walczyć o interesy całej grupy, nawet jeśli nie odnieśliby z tego tytułu korzyści.

 

Kończąc ten post, chciałem podziękować tym wszystkim, którzy mnie wspierają w mej pracy, dziękuję wszystkim i każdemu z osobna za wiadomości, czy to przez bloga, czy Facebooka, To właśnie dzięki interakcji z Wami wiem, że moja praca nie idzie na marne. Każde polubienie, subskrypcja czy odwiedziny motywują mnie do dalszej pracy. A co do szykan innych kierowców w firmie, zdecydowałem, że poczekam, aż spróbują mnie zaatakować osobiście, wtedy zamierzam się nie patyczkować i wyprowadzić cios usypiaczem, obym miał wtedy włączoną kamerę, na pewno zobaczycie to na mym kanale na YouTube 😀 A teraz ciao! Szerokości i przyczepności wszystkim!

 

 

 

 

3 komentarze

POST REPLY