Karma wciąż jest suką bez honoru… (Część 2)

(Jeśli nie czytałeś pierwszej części, znajdziesz ją <<<TUTAJ>>>)

Ostatnio otwierając piwo, skończyłem historię najgorszego dotychczas wyjazdu w mojej karierze, w firmie WEGA-A… No dobra, tak mi się przynajmniej wydawało, że to już koniec.wega_osoba2

 

Jak pewnie pamiętacie, moją opowieść skończyłem podczas trasy z Suzzary (Włochy) do Stenheim (Niemcy), a konkretniej podczas weekendu przed Monachium. W sumie na temat weekendu nie mam nic do powiedzenia poza tym, że oczywiście padało… Właściwie napierdalało wodą z nieba. Tu się w sumie nie dziwię, gdybym był niebem czy pięknym obłokiem i w tej swojej wspaniałości zmuszony byłbym patrzeć na Niemców, także bym płakał, a przypomniało mi się coś jeszcze  ̶  darmowy Internet na stacji oczywiście nie działał. Więc nie zostało mi nic innego niż spanie, jedzenie, toaleta (w różnej kolejności). Gratisowo z soboty na niedzielę Rumuni zdecydowali, że zrobią sobie dyskotekę i w sumie do 3 nad ranem byłem spokojny, ale na litość boską, te ich cygańskie hity… Wszystkie przypominające ten sam jazgot kastrowanego hindusa, do tego rabanu co dwie godziny przepalali swoje Actrosy. Więc można powiedzieć, że co jakiś czas zmieniał się skład tej orkiestry na jazgot kastrowanego hindusa przy akompaniamencie silnika z Robura.

 

Ale o wspomnianej 3 nad ranem w niedzielę miarka się przebrała, ich było pięciu, ja sam. Najpierw rozważałem wykupienie pakietu internetowego i ściągnięcie obrad sejmu o ordynacji podatkowej, a następnie odtwarzanie tego na w pełni rozkręconym radiu przez jakieś dwie godziny. Niestety ja mógłbym tego także nie wytrzymać, więc musiałem zająć się sprawą tradycyjnie…

 

Wypadłem więc z kabiny, podchodzę do nich, nasz wzrok już się spotkał, wtedy uświadomiłem sobie że nie znam ani słowa po rumuńsku, toteż nie wiele kombinując, zdecydowałem się użyć angielskiego z dodatkiem słów powszechnie rozpoznawalnych na całym świecie, brzmiało to mniej więcej tak:

 

Hi, can you turn a little bit lower volume on this KURWA radio? Be quiet JEBANI idioci… It’s 3 o clock at morning! And I want to sleep… Do you know what is CISZA NOCNA DO CHUJA!?

 

Gdy już czułem zbliżającą się potyczkę z podpitymi Rumunami, w myślach przypominając sobie wszystkie sceny walki z filmów i gier, nagle  przez parking przetoczył się radiowóz niemieckiej policji. Widok ten natychmiast ostudził zapał oraz wyprostował grymas, jaki mieli koledzy z Rumunii na twarzy po mym wystąpieniu, momentalnie rozpoczęli zapewnianie, iż już ściszają radio i przepraszają, już będą cicho…  Sukces! Wracając do kabiny, czułem się jak Spartanin wracający z boju, z tym że zamiast hełmu z grzywą, tarczy, dzidy i peleryny ja miałem bokserki, koszulkę, kluczyki i klapki, prawdziwy Janusz Barbarzyńca można by powiedzieć…

 

No, ale wracając do trasy. Do Stenheim doleciałem koło dziewiątej wieczorem, zaparkowałem pod firmą i rozpocząłem intensywny proces myślowy, konkretniej rozum bił się z lenistwem: czy rozładować auta dzisiaj i poustawiać je pod placem, a rano tylko wprowadzić, czy wszystko zostawić na rano. Po trwającej 15 min batalii, jak rzadko bywa, rozum zwyciężył, więc korzystając z tego, że było dość chłodno a pod firmą cisza, zabrałem się za rozładunek, który zdecydowałem się nawet nagrać. Wyszło chujowo, jednak telefon w nocy sobie nie radzi. Po rozładunku szybka toaleta, zaciąganie firan, a że było w nocy zimno, miało miejsce pierwsze odpalenie w tym sezonie ogrzewania postojowego.

 

Rano obudziłem się przed siódmą i to był błąd. Niby firma pracuje od siódmej, ale osoby przyjmujące auta przychodzą na 8.30, więc zanim zdałem ładunek, zrobiła się 9.30. W między czasie przyszedł sms od mojego opiekuno-spedytora z następną trasą. Tym razem miałem załadować VW w Wolfsburgu (Niemcy) do Arena Po (Włochy) i to mnie w sumie ucieszyło, bo to taka standardowa trasa w tej firmie.

 

Niewiele myśląc, przekręciłem kluczyk w prawo i ogień na tłoki, pognałem do Wolfsburga. Na miejscu okazało się, iż firma, która obsługuje plac fabryczny VW, czyli Visag, przynosi chlubę w propagowaniu szlachetnej idei idiotyzmu wśród helmutów, mianowicie dostałem ładunek 8 sztuk Tiguanów, takich kiedyś małych, teraz rozrośniętych suvów. Normalnie da się z Niemcami w biurze załatwić, aby jednego lub dwa zamienili na Golfy, jednak zatrudnili teraz nową Pancer Dycision SS Helge, która może nie jest brzydka, za to wyjątkowo chamowata, więc aby jej nie wyciągnąć za włosy z tego okienka, dałem za wygraną. Załadunek 8 sztuk przy mojej zabudowie oczywiście jest możliwy, jednak musiałbym przekroczyć wymiary o prawie metr, a że trasa przebiega przez Austrię, gdzie policja jedyne słowa, jakie zna, to ,,pięćset euro” oraz wielokrotności tej sumy, zadzwoniłem do opiekuna-spedytora, niech on decyduje.  Na decyzję czekałem 50 min, ale w końcu dostałem info, żeby załadować 7 sztuk. Mi to pasuje, półtorej godziny i po robocie, można zapierdalać do makarona.

 

Trasa na Włochy przebiegła wyjątkowo spokojnie, aż za spokojnie…  Moje przypuszczenia okazały się trafne. Po przejechaniu Austrii dzwoni do mnie Kuba (opiekuno-spedytor) z wiadomością, iż na placu, na którym mam rozładunek, wybuchł… strajk (sic!). Ale odbiorca, czyli firma Bertani, przysłała lokalizację w Castilione, gdzie można rozładować auta przewożone do Areny Po. No, jedno dobre, pasuje, bo Castilione jest bliżej o godzinę, więc dojadę i stanę pod firmą. Jaki ja jestem głupi! Widocznie wszyscy, którzy lecieli na Arenę Po, zostali przekierowani na Castilione, więc parking pod placem oraz cała pobliska strefa przemysłowa jak i dojazdy były zawalone autotransporterami. Nawet nie myśląc o tym, jak jutro plac będzie zajebany, pojechałem szukać miejsca na trochę dalszych strefach przemysłowych i po pół godzinie, Eureka! Jest moje miejsce! Szybkie parkowanie i spać.

 

Rano na rozładunek stawiłem się o 7.00, wjechałem o 11.26, szybki rozładunek i czekam za kontrolą. Makaroniarz podchodząc do mych aut, zawołał mnie do siebie i nawija coś o piwie albo wódce. Od razu wyczułem, o co cholernemu penisolubnemu gadowi chodzi: sprowadzało się to do tego, że aby nie mieć szkody, trzeba mu dać piwo lub wódkę i będzie sprawdzał, jak trzeba, w przeciwnym razie sam zarysuje auto. Już byłem całym wyjazdem podkurwiony, więc z miną zabójcy nie odstępowałem go o krok podczas kontroli. Bardzo mu się to nie spodobało, no ale musiał podpisać brak uszkodzeń na liście przewozowym. Adrian kontra włoski waginosceptyk  1-0. Moją radość przerwał dźwięk sms od Michała (główniejszy opiekuno-spedytor) o treści: ,,Po rozładunku jedź na Suzzarę, za chwilę prześlę ładunek”.

 

W tym momencie mojej przetwornicy 24v/500W zebrało się na zdechnięcie. Najwidoczniej, abym o niej pamiętał, zdecydowała odejść w sposób, który sprawił, że nie dość, że skopałem gówno, to dwa razy przejechałem po nim ciężarówką. Dlaczego? A no dlatego, że wedle mych podejrzeń, ostatnim tchnieniem puściła z siebie impuls, który usmażył kartę pamięci z telefonu podczas zgrywania plików na laptopa… Ot, czemu w tym wpisie nie ma praktycznie zdjęć. A żeby ci przekaźniki pokręciło w elektronicznych zaświatach, ty cholero…

 

 

Iveco Suzzara ciąg dalszy…

Dziarsko wtoczyłem się na plac załadunkowy pod fabryką Iveco w Suzzarze jeszcze trochę nerwowy z powodu całego wyjazdu i delikatnie zdyszany z powodu brutalnego ostatniego pożegnania z (cholerną) przetwornicą. No nic, już jakieś pół godziny temu na Transicsie zaczęła migać ikonka nowej trasy, ale jakoś nie miałem weny sprawdzać jej po pochówku przetwornicy. Generalnie podświadomie czułem, że coś jest nie tak, więc obawiałem się że Transics podzieli losy przetwornicy i skończy pod kołami mojej Renaty, a moja renta w rowie…

 

Ten miesiąc miał być zakończeniem pasma 4 miesięcy pod rząd, kiedy nie wyjechałem 12500 km/mc. (Przypominam, Wega-A jak na typowego przedstawiciela Dziad Trasu przystało, płaci za przejechany kilometr. Tak, jest to nie zgodne z prawem, ale cham jest ponoć twardszy od szczura…). No dobra, czas zobaczyć, co za trasa przyszła, może Dania? 1600 km w strzale? Już w ostateczności może być Steincheim… Patrzę, patrzę i nie wiem, co ja ,,paczę”.  Jak byk stoi trasa:

Suzzara – Szombathely (Węgry) – Budapeszt (Węgry)

 

No kurwa, teraz to już spedycja przegięła pałeczkę. Dzwonię do spedytora wytłumaczyć mu, co myślę na temat tej trasy i gdzie ją mam…  W trakcie wymiany poglądów wszedł na argumentację, że po Budapeszcie polecę z Kecskemetu (Węgry/Mercedes) do Ginsheim (Niemcy) a potem z Rastatt (Niemcy/Mercedes) na Poznań.

 

W sumie nawet nie pomyślałem, że już jest piątkowe popołudnie, a ja muszę zrobić 48 h godzin pauzy weekendowej plus 6 godzin za skróconą dwa tygodnie wcześniej, więc ta trasa była czasowo nie do wykonania. Widać zbyt duża dawka nerwów także potrafi odmóżdżyć. Olśnienie przyszło w trakcie jazdy jakieś 4 godziny po załadunku, mówiąc krótko, dałem dupy jak Komorowski w wyborach…

 

Nie pozostało nic innego, jak wytoczyć się na jakąś obszczaną stację u makarona i kwitnąć do poniedziałku. Na temat tego, co działo się w sobotę i niedzielę, mogę napisać tylko tyle:

Żadnego Polaka na stacji, wszystko ogrodzone, brak przetwornicy w konsekwencji czego laptop „nie robotajet”, ostatnie 16 nieprzeczytanych stron książki, kabina do posprzątania, 0,7 litra czystej, sześciopak piwa i kupa nerwów do ukojenia…  Można powiedzieć, że spędziłem weekend wedle szkoły Kwaśniewskiego.

 

OK, poniedziałek, trzeba ruszać…

Ujechałem półtorej godziny, po czym 4 godziny odstałem w korku z powodu wypadku i zablokowania autostrady. W Niemczech w sumie norma, we Włoszech pierwszy raz mi się zdarzyło. No nic, lecimy przez Wenecję do Słowenii. Nawet nieźle szło, do czasu aż mój automat do poboru opłat na Słowenii nie postanowił dołączyć do przetwornicy i nie pierdolnął w kalendarz. W zasadzie to jedna z niewielu chwil, kiedy mojej wściekłości nie powodują Niemcy lub spedycja. No nic, trzeba postać trochę na bramkach i dokulać się do Mariboru (Słowenia), tam przy stacji jest punkt DARS (taki słoweński Viatoll/obsługa autostrady) i rano wymienić szmelc na nowy.

pamietamy

Rano już od szóstej tuptałem pod drzwiami, aby wymienić ten badziew na nowy. Przez godzinę się facet z obsługi nim bawił, cudując co nie miara, po godzinie oświadczył, że nie działa… No brawo, Sherlocku, wołaj mnie tu Watsona, bo nie mam za dużo czasu na szarpaninę! Kazał mi poczekać, powlekł się na zaplecze i wedle mego mniemania po wypiciu trzech kaw i ugotowaniu obiadu, (tak, tyle to trwało), przylazł z zalaminowaną kartką A4, która dumnie zatytułowana była PL/Poland. Podsuwa mi to to pod nos,  więc czytam. Okazuje się, że Słowenia zrezygnowała z tych boxów i teraz wydają karty, które przy wjeździe na bramkę przykładasz do czytnika i jedziesz (boxy miały dedykowany swój pas, na którym zwalniało się do 40 km/h i jechało się bez stawania). Super, czyli następna karta, której nie można zgubić, w dodatku pogarszająca ergonomię opłat względem boxa.

slowenia-bramki

Zanim załatwiłem to badziewie i doleciałem do Szombathely (Węgry), zrobiła się 13.40. Rozładunek oczywiście biegiem, jedna sztuka, w sumie więcej czekałem aż skontrolują auto, podbiją dokumenty, niż trwał rozładunek. No nic, do takiego obrotu spraw na salonach jestem przyzwyczajony, dlatego nie cierpię dealerek (określenie trasy, gdzie punktami docelowymi są salony samochodowe).  Na rozładunek w Budapeszcie nie było szans, salon czynny do 16.00, a mi nawigacja pokazywała czas dotarcia 15.55, więc nie było sensu się pchać do centrum. Wybrałem najbliższą stację od miejsca docelowego i pauza, kolacja i spanie…

 

Środa, w nocy dzwonił spedytor z nową trasą Kecskemet (Węgry) do Poznania, więc nie kombinując za dużo, co bym czasem nie ,,jebnął wszystkim i nie wyjechał w Bieszczady”, jak najszybciej poleciałem na rozładunek. Z rozładunku dwie godzinki z hakiem i jestem na Mercedesie w Kecskemecie (Węgry), pędzę do biura z numerem ładunku i wszystkimi dokumentami, dowodem auta i przyczepy, dowodem osobistym, prawem jazdy, książeczką wojskową, aktem chrztu i glinianym odlewem członka…  Na miejscu Węgierka, (która może i była nawet ładna, jednak trudno mi było to ocenić, ponieważ strasznie nadużywała makijażu, do tego stopnia, że ta maź, która trzymała się jej skóry twarzy, wyglądała jak gładź szpachlowa  ̶  cały czas nie mogłem się pozbyć wrażenia, że gdybym mocniej tupnął nogą, frontowa elewacja by się posypała) poinformowała mnie, że aut jeszcze nie ma, mam przyjść o 17.00, czyli za cztery i pół godziny.  Już dawno się tak nie nudziłem. O 17.00 pędzę do biura i dowiaduję się, że mam przyjść o 20.00… Jak tak dalej pójdzie, to czasu mi zabraknie, żeby się załadować. Dziwne było to, że nawet nie byłem zły na tę Węgierkę w biurze, widać że bardziej się przejęła niż ja, może właśnie to jakoś powstrzymało mój standardowy napad szału.  Idąc do auta, naszła mnie rozkmina na temat tego, kto tam w Kecskemecie obsługuje logistykę aut. Noż kurwa, przecież Lagermax czyli Rumuni odpowiadają tam za logistykę,  nic dziwnego że jest burdel…

 

O 20 poczłapałem do biura, w sumie już mi zwisało, czy będę się ładował ,czy nie. Nic nie robienie cały dzień mnie bardziej wykończyło niż praca. Okazało się, że nadal nie ma wszystkich ośmiu aut, więc mam zabrać trzy, które są z dopiskiem (mitterladung – nie pamiętam jak to się pisze), który oznacza, że mercedes płaci za cały ładunek, choć zabiera się mniej.  Jak dla mnie bomba, załadunek z dokumentami etc., 40 min ( z czego 20 min dokumenty). Wyjechałem przed bramę na parking i w końcu można iść spać…

 

Wreszcie do Domu!

Zadowolony z powrotu, mniej z przejechanych kilometrów oraz terminu, (gdyby nie te bezsensowne przestoje, byłbym w czwartek popołudniu, ewentualnie piątek rano, a tak będę w piątkowy wieczór). OK, jadę do Kalisza na bazę zostawić klamota i odpocząć psychicznie od tej firmy, coś mnie jednak tchnęło, aby przekręcić do logisty i wytłumaczyć mu, że w przyszłym tygodniu, jak wykręcą takie numery, to niech sobie po auto przyjeżdżają, ja jadę na stopa do domu, albo niech zaczną płacić diety zgodnie z prawem.  Od słowa do słowa, nadmieniłem że auto zostawiam na bazie w Kaliszu, nie jadę do Poznania, bo nie wyrobię czasowo, a za darmo do soboty nie będę siedział, dość już w czynie społecznym mnie ta firma orżnęła. I tu taki smaczek, jakby ktoś nie wierzył, że w Wega-A absurdy administracji to jest chleb powszedni, okazało się, że nie mogę zjechać na bazę, gdyż aby zjechać i zostawić auto na firmie, muszę napisać podanie z prośbą o pozwolenie oraz zawrzeć w nim zobowiązanie, że w poniedziałek o 6 rano będę wyjeżdżał… Rozumiecie idiotyzm? Kierowca musi  prosić, czy może zaparkować auto będące własnością tejże firmy na terenie firmy i pisać o to podanie? Jeszcze gdyby firma miała ograniczoną liczbę miejsca, ale akurat Wega-A ma tyle placu, że spokojnie staje tam cała firmowa flota.  Ja myślałem, że zakaz wjazdu prywatnym autem na firmę, przez co trzeba taszczyć 200 metrów całe pakunki na wyjazd do auta pieszo, to szczyt idiotyzmu w firmie, ale co jakiś czas mnie ostro zaskakują.  Kończąc ten przydługi i nudny tekst, życzę Wam, aby takich wyjazdów nie było wcale, a jeśli być muszą, to na dietach, panowie 😀

 

PS: Kolejny smaczek: zadzwonił do mnie w piątek Ryszard von Diesel (tak nazywamy Ryszarda, kierownika od paliwa) z dość ciekawą sprawą, mianowicie taką:

Ja: Dobry, panie Ryszardzie, co tam ciekawego?

Von Diesel: Dzień dobry, panie Adrianie, no nieciekawą sprawę mam.

Ja: Cóż za zaskoczenie (ironia). Co tam tym razem?

Von Diesel: No, niech mi pan powie, po co przedwczoraj włączał pan Webasto? (ogrzewanie postojowe)

Ja: ……yyyyyyy ale, znaczy… nie bardzo wiem….. w sumie to jest tak głupie pytanie, że tak samo panu odpowiem. Włączyłem Webasto, gdyż było mi za gorąco i chciałem jeszcze trochę podgrzać, bo ja w domu śpię w saunie…

Von Diesel: Proszę sobie nie żartować, to poważna sprawa…

Ja: To nie jest poważna sprawa ani pytanie. Włączyłem, bo mi było zimno, nie będę marzł przecież…

Von Diesel:  Ale aż 9 godzin?

Ja: No, nie uwierzy pan, ale zimno bywa czasem i całą noc, normalnie szok i niedowierzanie!

Von Diesel: Panie Adrianie, ale to można nagrzać kabinę i wyłączyć. Jak się wychłodzi,,to znowu włączyć nagrzać i wyłączyć, i wtedy nie ma problemu z paliwem.

Ja (nerwy mi puściły): No kurwa, jeszcze czego! Mam 9 godzin przerwy na kolację, spanie i śniadanie, i zamiast spać, to mam czatować nad włącznikiem od Webasto, nagrzewać kabinę, czego się zrobić nie da, bo to blaszany kwadrat i potem wyłączać i tak w koło Macieju przez całą noc, albo marznąć w nocy? Czy wam tam odjebało do reszty? Pan też w domu w centralnym rozpala, po godzinie idzie do pieca, zalewa wodą i jak się chata wyziębi, leci pan palić na nowo?

Von Diesel: Ja pana rozumiem, ale potem dyrektor mnie strofuje, muszę mu zrobić raport i wyjaśnienie, ponieważ tylko pan użył Webasta tego dnia na całą noc, nikt tego panu nie rozliczy.

Ja: To pisz pan, że tego dnia w okolicy 200 km ode mnie nie przebywał żaden z kierowców Wegi, a że we Włoszech jest ciepło, to używać nie było dla nich pewnie sensu, a w rubryce zeznania kierowcy wpisz pan: kierowca oznajmia, że włączył Webasto, gdyż było mu, kurwa, zimno. A jeśli firma ma z tym problem, proszę, aby mi to dyrektor sam przekazał lub wnioskuję o pisemny zakaz używania ogrzewania postojowego. Dodatkowo kierowca uprasza się o nie zawracanie dupy kolejnymi genialnymi pomysłami na optymalizację kosztów, gdyż widać z daleka, iż myślenie nie jest najmocniejszą stroną w tej firmie.

Do widzenia.

POST REPLY