Rutyno! Ty Cholero!

Jeszcze nie tak dawno temu naszym krajem wstrząsały informacje o coraz to nowych wypadkach komunikacyjnych naszych czołowych polityków. Najpierw Prezydentowi wracającemu z wypadu na narty wystrzeliła opona, następnie pancerne seicento wygrało konfrontację z limuzyną naszej premier i jeszcze kilka pomniejszych incydentów również miało swoje miejsce. Jak to w takich sytuacjach bywa, momentalnie stacje telewizyjne, radiowe czy nawet youtuberzy wyczuli krew, naspraszali wszelakiej maści ekspertów, z których połowa to najwidoczniej statyści, gdyż wygadywali takie głupoty, że normalny człowiek miał ochotę zwinąć jego dyplomy w rulon i napierdalać go po głowie, aż przyzna się, za ile kupił tytuł profesora…

 

Oczywiście ta medialna papka rozmaitych coraz głupszych wymysłów znalazła pożywkę w narodzie, nagle wszyscy stali się ekspertami, najwięcej do powiedzenia mieli oczywiście typowi polscy „Janusze”, teoriom spiskowym nie było końca, zresztą jestem pewien, iż gdzieś jeszcze w swojej bazie mieszczącej się najczęściej w jednym z szeregowych garaży zbudowanych w pobliżu blokowisk nadal można usłyszeć, że to wszystko były zamachy! Rosjan, Opozycji, Unii Europejskiej czy kucyków pony.

 

Wśród moich kolegów także jakoś dziwnie nasiliły się wypadki w pracy. A to jeden nogę złamał, a to drugi spadł z naczepy, a to inny głowę roztrzaskał, a to znowuż uszkodził ładunek czy spierdzielił jakąś inną rzecz lub, co gorsza, zderzył się z inną ciężarówką. W zawodzie kierowcy nie mówi się o tym głośno, ale każdy szofer wie, że dla nas zderzenie się z inną ciężarówką (i nie mówię tu o czołowym zderzeniu, lecz na przykład o najechaniu na tył ciężarówki przed nami) to prawie pewna śmierć.

 

Co mają wspólnego wypadki rządowych limuzyn i znajomych kierowców? Oczywiście jak ktoś się uprze, to można pod to podpiąć i szpiegów rosyjskich, choć wątpię, aby Wania polował na kierowców. Dla mnie te incydenty łączył do niedawna sposób, w jaki je sobie tłumaczyłem. Ot magiczne: „Stało się, już nic na to nie poradzisz, tak widocznie miało być”.

 

„A guzik prawda!”, chciałbym zakrzyknąć, kiedy dziś sobie o tym przypominam! Czy to znaczy, że wierzę w teorię spiskowe?

 

Odpowiedź jest jednoznaczna, NIE! Czy zadał Wam ktoś kiedyś pytanie: „Co jest najczęstszą przyczyną utonięć”? Większość z nas z automatu odpowiada: „Alkohol!”. A tu Was ździebko zaskoczę, bo odpowiedź jest nawet nie głupia, lecz banalna: to woda…

 

Po co wciskam Wam głupoty z tym pytaniem? Tylko i wyłącznie dlatego, iż odkryłem, co sprawia, iż wypadków jest coraz więcej. Tym magicznym słowem jest „rutyna”. Możecie wierzyć lub nie, ale ostatniego czasu dopadła nawet mnie, zagubiłem gdzieś po drodze poczucie pokory do pracy i nie chodzi mi o brak szacunku do pracodawcy czy współpracowników, lecz o zwykłe cwaniactwo. Przykład? Kiedyś przed każdym załadunkiem sprawdzałem kombinezon, czy jest w takim stanie jak powinien być, czy kamizelka odblaskowa jest czysta, czy buty są odpowiednio zasznurowane, a nawet czy rękawiczki nie są brudne. Że o tym, iż nie śmiałem stawić się na załadunku czy rozładunku nieogolony nie wspomnę. Zresztą i sam załadunek przebiegał w inny sposób. Uważałem na każdy swój ruch; po trzy razy wychodziłem z auta, aby sprawdzić, ile jeszcze z tyłu mam miejsca; wjeżdżałem autami powoli, aby broń Boże nie popełnić błędu. Cholera, nawet o ciężarówkę bardziej dbałem! Na weekendach szczotką drucianą i papierem ściernym walczyłem z rdzą, potem nakładałem w takie miejsce nową warstwę farby, myłem ręcznie na parkingu swoją Renatę, aby moja mocno leciwa już ciężarówka nadal godnie się prezentowała.

 

No dobrze, ale co ma do tego rutyna?

 

Wiecie, na czym się ostatnio złapałem? Ano na tym, że przez cały wyjazd ani razu nie wciągnąłem na dupę kombinezonu. W tych spodniach, w których przyjechałem, w tych ładowałem. Nawet, do cholery jasnej, butów nie chciało mi się wiązać, tylko wkładałem sznurówki do środka, że już o bałaganie w kabinie i zaniedbanej ciężarówce nie wspomnę. W dodatku wjeżdżałem autami na tzw. czuja, nawet nie wychodząc z nich, aby mieć pewność, że dobrze na oko wymierzyłem odległości oraz, o zgrozo, zacząłem sobie biegać, skakać i wydurniać się na pokładach. I na koniec nawet zleceń transportowych nie czytałem, lecz przeglądałem po łebkach, przez co na przełomie tego i zeszłego miesiąca dwa razy nie podjąłem ładunku, bo zwyczajnie nie doczytałem cholernego zlecenia, tylko poleciałem w następne miejsce, bo zawsze tak jeździliśmy i nie spodziewałem się zmian…

 

Przełom!

Niepodjęcie tych ładunków przelało czarę wkurwienia się na siebie, ale zanim to nastąpiło, pierwszy promyk zastanowienia dało mi inne wydarzenie, właściwie kulminacja wszystkich moich zaniedbań. Standardowy załadunek. Oczywiście zajechałem na niego, nawijając przez telefon, a konkretniej przez słuchawki do niego podłączone. Dobra, no nic, koniec rozmowy, więc uwolniłem uszy od słuchawek szybkim szarpnięciem, po czym standardowo odrzuciłem w bok, kombinezonu nie chciało mi się ubierać, a nawet rozważałem, czy chce mi się sięgać po kamizelkę odblaskową. Standardowo buty niezasznurowane. I tak wgramoliłem się na górny pokład, aby przygotować zapadnie do załadunku busa. Kiedy skończyłem prawą stronę, wygłupiając się, zacząłem schodzić z zabudowy, podskakując, i nagle cos mi mignęło w kącie pola widzenia. Szybki rzut okiem, aby zrozumieć, że to słuchawki od telefonu, które przez mój bałagan w kabinie i lenistwo, miast leżeć na swym miejscu, zaczepiły się o moje spodnie, a w tamtym momencie zsuwały się, aby spaść z wysokości trzech metrów pod ciężarówkę.

 

Decyzja była natychmiastowa. Chociaż byłem w trakcie skoku, skręciłem się, aby złapać je w locie, jednocześnie wginając ciało. Udało się! Słuchawki złapałem, lecz nogi wylądowały na miejscu, w którym wyciekał olej z uszkodzonych aut, które kila tygodni temu wiozłem. Śliska powierzchnia plus złe rozłożenie masy przez moje wygibasy oraz luz w niezawiązanych butach sprawiły, że straciłem równowagę, runąłem niczym kłoda w kierunku krawędzi zabudowy zabezpieczonej przez barierki wykonane z cienkiego druciku w plastikowej obudowie rozciągniętego w trzech rzędach pomiędzy metalowymi słupkami. Kiedy tylko je zobaczyłem, z automatu przypomniałem sobie, że miałem je wymienić już trzy miesiące temu (!), chociaż wątpię, aby nawet nowe powstrzymały masę mojego ciała przed wypierdzieleniem z zabudowy niczym Adam Małysz ze skoczni! A te były popękane i ewidentnie trzymały się ostatkiem sił. Nie do końca pamiętam przebieg sytuacji, ale w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach zdołałem chwycić słupek palcami i to pozwoliło mi zmienić tor mojego upadku na tyle, że zdołałem drugą ręką chwycić się tego samego słupka, przez co zrywając ciałem drucik w plastikowej otulinie imitujący zabezpieczenie, zawisłem w powietrzu, trzymając się słupka. Dzięki Bogu! Przecież gdyby nie to, poleciałbym trzy metry głową w dół na spotkanie z betonem, a wtedy złamanie kończyn byłoby łagodnym wyrokiem…

 

Basta! Koniec tego! Zjeżdżam do Polski, sprzątam kabinę i skupiam się na pracy, koniec z lenistwem! Koniec z cwaniactwem! Koniec z rutyną!

Mi udało się wywinąć pułapce rutyny, ale pomyślcie, czy w przypadkach, o których pisałem na początku, bardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem nie jest rutyna niż zamach?

Pamiętajcie stare powiedzenie: „Rutyna Zabija!” i uważajcie na siebie!

 

 

 

POST REPLY