Gdzie są moje dokumenty? Gdzie moje ładunki i pieniądze? Cholerny Grudzień…

Gdy krótkie spódniczki znikają z ulic naszych miast, sąsiad zaczyna sezon grzewczy śmieciami odkładanymi na tę okazję cały rok, a w Internecie zaczyna rozgorywać dyskusja, czy w tym roku niejaki Kevin znów zostanie zgodnie z polską tradycją sam w domu na święta, oznacza to ni mniej, ni więcej, że mamy grudzień…

Ostatnie miesiące pod względem zarobków i ułożenia mojej pracy były, delikatnie mówiąc, ciężkie… Nie no, były po prostu chujowe, i szczerze, z racji, iż grudzień jest miesiącem, gdzie za dużo się nie pracuje, nie nastawiałem się, że to się diametralnie zmieni.

W zeszłym roku firma ustaliła minimalny próg przejechanych w grudniu kilometrów, po których płacą 55 gr/km na 10 000 km (poniżej progu stawka wynosi 51 gr/km). W tym roku ustalili próg na 11 000 km… Już kiedy dostałem tę wiadomość, wiedziałem, że raczej nie ma szans, abym się załapał na 55 gr za kilometr, no ale nic, może się uda, pomyślałem, przekręcając kluczyk w prawo piątego grudnia.

 

Gdzie moje dokumenty?

W STS-ie miałem załadować VW Caddy do Wolfsburga (Niemcy). W Swarzędzu zarejestrowałem się do załadunku o 8:20, a zgodę na wjazd dostałem o 16:38. Dobrze, że nie rozpoczynałem czasu pracy wcześniej na tachografie! Po załadunku jechałem, dopóki nie dopadło mnie wykończenie (na firmie musimy stawiać się przed 6 rano na busa). Na stacji Borde koło Magdeburga (Niemcy) znalazłem miejsce na noc. Szczerze? Borde to chyba najbardziej zasyfiona stacja w całych Niemczech. Idąc między ciężarówkami na stację do toalety, musicie świecić latarką pod nogi, gdyż na Borde panuje dziwny zwyczaj, aby stawiać przysłowiowego klocka koło swojej ciężarówki, tak że nocny spacer po parkingu to istne pole minowe… Tam powinien być znak ,,AchtungMinen”.  No, ale jakoś przy użyciu wrodzonej zwinności i mojej ulubionej latarki dotarłem do toalety na stacji. Co tam robiłem to pominę, zaznaczę tylko, że toalety na stacjach w Nazilandzie są płatne 70 eurocentów za wlot, dlatego zabrałem ze sobą portfel, a że często sięga tam darmowe WiFi z baru, to i telefon. Po jakichś 30 min, gdy przeczytałem już wszystkie newsy w sieci, postanowiłem udać się z powrotem do auta. Na stacji kupiłem sobie małe piwo i to był ten moment, w którym ostatni raz widziałem swój portfel. Pamiętam jeszcze, że wkładałem go do kieszeni kurtki, którą potem zapiąłem. I teraz mam kłopot ,czy zwędzono mi go jeszcze na stacji, czy kiedy rozmawialiśmy z innymi kierowcami przy naszych ciężarówkach, a może na fabryce VW, gdzie miałem rozładunek?

 

Moja wina, że nie sprawdzałem, gdzie mam portfel, ale go nie potrzebowałem aż do środy, gdy po Wolfsburgu (Niemcy) miałem jechać do Bremerhafen (Niemcy,) gdzie miałem załadować Mercedesy do Chignolo Po (Włochy). Problem w tym, że na bramie wjazdowej trzeba pokazać dowód osobisty, także dziarsko sięgam po kurtkę i szukam portfela…  Na początku było lekkie zdziwienie, szok i panika nastała, gdy znalazłem rozcięcie w kieszeni, w której miałem portfel. Zrobiłem w kabinie kipisz w nikłej nadziei, że może gdzieś mi wypadł. Noż kurwa, nigdzie go nie ma! Wtedy już wiedziałem, że został mi skradziony. I co teraz?

 

Szybki research w Internecie uświadomił mi, iż powinienem zawiadomić policję, udać się do najbliższego konsulatu i tam za opłatą w euro wyrobić sobie dokument pozwalający na powrót do domu… Niby logiczna procedura, jedna jest kilka ale:

 

  1. Najbliższy konsulat jest w Berlinie (a nie mam jak się tam dostać).
  2. Skoro zgubiłem portfel, to siłą rzeczy nie posiadam także żadnych pieniędzy.
  3. Wyrobienie tego dokumentu zezwala na powrót do Polski, ale nie na prowadzenie pojazdu.

 

Już miałem dać za wygraną i organizować sobie jakoś powrót do domu, gdy zaświtała mi myśl, że istnieje szansa, iż po ograbieniu portfela z wszystkich pieniędzy, ktoś wyrzucił go na parkingu, a ktoś inny przechodząc, odniósł go na stację. W sumie logiczne. Gdyby znalazł portfel z dokumentami inny zawodowy kierowca, to raczej by tak zrobił, bądź co bądź wie, że największą wartość mają same dokumenty. Istnieje też możliwość, że ktoś zaciągnie na mnie pożyczkę, przecież zdarzały się takie przypadki, jasna cholera, co teraz?

 

W narastającym stresie zadzwoniłem do swojego banku i to okazało się najlepsze, co mogłem zrobić. Pani z linii obsługi PKO po weryfikacji poinformowała mnie, iż mogą zablokować dokumenty i nie będzie na nie możliwe zaciąganie pożyczek, legitymowanie się nimi, a także zawieranie jakichkolwiek umów. Matko Boska, jednak banki, to nie tylko złodzieje…

 

Podbudowany sukcesem postanowiłem sprawdzić, jak długa jest moja dobra passa i spróbować wrócić na stację Borde. Po załadowaniu mercedesów na Włochy popędziłem co sił w Renacie. Gdy dotarłem na Borde, przeczesałem cały parking (znalazłem jeden portfel, ale nie mój i kompletnie pusty), pytałem w barze, na stacji facet sprawdzał co chwilę, porównując moją twarz do znalezionych dokumentów, (swoją drogą musiało ich tam trochę być, bo trwało to kilka minut). No nic, dupa, nie mam kwitów, a w gratisie jak debil zabrałem ładunek na Włochy.

Dokładnie tyle było widać gdy zajechałem do Chignolo Po z tymi Mercedesami

Dokładnie tyle było widać gdy zajechałem do Chignolo Po z tymi Mercedesami

 

Kurde, kilometry by się przydały, zwłaszcza że poprzedni miesiąc był tragiczny ‒ tygodniowy przestój w serwisie,  brak ładunków, niezgranie pracy skumulowało się do tego, że więcej stałem i się wkurwiałem, niż pracowałem. No nic, chciwość zwyciężyła, pognałem na Włochy, tym razem dziękując w duchu temu napaleńcowi, który nie sprawdzając dokładnie daty wprowadzenia zakazu przejazdu przez przełęcz Brennero pojazdów Euro 5, podpisał kontrakt z agentem przewozu kolejowego. Tym sposobem mijam punkty kontrolne w Austrii, gdzie potencjalnie wpadłbym bez kwitów.

 

Kocham moją spedycję.

Do Chignolo Po wpadłem po weekendzie dosłownie na pełnym gazie, rozładunek i…. brak załadunku… Dzwonię do spedycji, okazuje się, że zaraz mi przyślą i żebym jechał do Suzzary (Włochy) do fabryki Iveco. Niecałe 50 km do załadunku dostaję trasę, patrzę i nie mogę zrozumieć, na co patrzę? Jak byk wyświetla się Suzzara (Włochy) – Budapeszt (Węgry), no nic, może zapomnieli, że nie mam dokumentów? Dzwonię się przypomnieć, w odpowiedzi słyszę, że polecę do Budapesztu po czym z Kecskemetu (Węgry, Mercedes) możliwe że dostanę ładunek do Polski. No już, kurwa, pędzę, odpowiedziałem, tłumacząc, że nie ma możliwości, abym poleciał na Węgry bez dokumentów to raz, a dwa, że bez dokumentów nie wpuszczą mnie na fabrykę Mercedesa w Kecskemecie (Węgry).

No ale i tu spedycja dała radę. Po chwili namysłu zaproponowali mi trasę Suzzara (Włochy) – Vejle (Dania). No, jeszcze lepiej, zaraz wyskoczą z Hiszpanią -.- Kolejny raz tłumacząc, że nie ma takiej, kurwa,  opcji, albo bezpośrednio na Polskę, albo niech przysyłają kierowcę, bo ja jechać nie mogę. Nie minęło 20 min, gdy cudownie znalazła się trasa na Polskę, dwa auta: jeden bus Iveco z Suzzary (Włochy) i jedna ciężarówka EuroCargo Iveco z Brescia (Włochy). Bus jechał do Wejherowa, a ciężarówka do jakiejś dziury 70 kilometrów dalej, nie pamiętam nazwy, mniejsza z tym, ważne, że spedycja pokazała jaja i po bólach jednak nie zawiodła.

cof

Suzzara – Wejherowo – Jakieś Zadupie

Do kraju jechałem tak zestresowany, że przez dwa dni nie mogłem skorzystać z toalety. Ja i zwieracze rozluźniliśmy się dopiero, mijając granicę. Rozwózka poszła błyskawicznie, no i do końca roku już za granicę miałem nie wyjechać, jednak okazało się, że będą przerzuty z Wrześni do Kalisza, gdyż firma podpisała kontrakt na dzierżawę placu, gdzie składowane będą nowe VW Craftery z nowej fabryki w Białężycach (koło Wrześni). No, pasuje, coś się nadgoni, pomyślałem. Jednak już nazajutrz dowiedziałem się, że przerzuty będą w poniedziałek w następnym tygodniu. No to dupa, dobrze, że chociaż w czwartek będę w domu. Dostałem jednak polecenie, aby jechać do Swarzędza po VW Caddy i przywieźć je na Bazę firmy w Kaliszu, a auto wstawić na serwis. No dobra, w sumie niech będzie, kasy z tego żadnej w zasadzie, bo cały dzień roboty (pół dnia w STS), a przejechanych tylko 120 km, czyli 61,20 zł za cały dzień… Czujecie to bogactwo? 😀

 

No ale dobra, rozładowałem w Kaliszu, zostawiłem zlecenie, co trzeba zrobić ‒ była tam wymiana oleju, filtrów itp.  W poniedziałek gotowy do pracy zapierd*lam do roboty na 6:00, żeby jak najszybciej zacząć przerzuty… Oczywiście okazało się, że przerzutów nie ma i zapomnieli mnie o tym poinformować, normalnie załamka.  Po co ja w ogóle do roboty przychodziłem? Dowiedziałem się po chwili, bo masę biurowej roboty, oświadczeń i takich bzdur musiałem wypełnić w biurowcu firmowym. Wymęczony jak Kwaśniewski po Filipinach czołgałem się do swojej osobówki, gdy poinformowano mnie, iż na otarcie łez mam jechać na Śląsk, gdzie będę robił przerzuty z fabryki Opla w Gliwicach na nasz plac w Kleszczowie. (Okazało się, że Gefco wynajmuje firmowy plac do składowania Opla). Ale żeby było śmieszniej, mam załadować VW Caddy z Kalisza i zabrać je do Kleszczowa. No nic, kupa roboty, mało kilometrów, ale odbiję sobie na przerzutach i zapakowałem te VW na swoją Renatkę.

 

200 kilometrów później byłem już na Kleszczowie, czas na spanie i rankiem rozładuję te VW. Tak jak zaplanowałem, tak wykonałem. W trakcie rozładunku zrobiłem sobie chwilę przerwy, pijąc herbatę, kątem oka dostrzegłem, że mam wiadomość. Czytając, czułem jak ogarnia mnie wściekłość, Wiadomość można streścić tak: ,,Sorry, Ziomek, ale przerzucików nie bydzie, co złego to nie my. Narka”.  Zanim zdążyłem wykręcić numer do spedytora, dostałem nową wiadomość, w skrócie coś  à la: ,,Rozumiemy, że jesteś wkurwiony, no cóż, takie życie… Ale na otarcie łez mamy dla ciebie ładunek już na nowy rok, tak że możesz jechać ładować Ople do Verony (Włochy)”. Rzucając klątwę pod nosem pod adresem firmy, poleciałem na załadunek. Po załadunku, czekając za dokumentami, dzwoni do mnie kolega poinformować mnie, że firma ma w dupie, jak wrócimy do domu, on już jedzie w ciężarówce z dwoma innymi gośćmi, ale żeby nie było, że mnie zostawił, to załatwił mi transport, mam zabrać się z gościem z firmy Mostva, który jedzie do Kalisza.zombomeme26012017002012

 

Normalnie miałem już dość tej firmy, jak Boga kocham, tak znienawidziłem cały ten dziadtrans! Ponad 80 ciężarówek, 4 busy do rozwożenia kierowców, blisko 8 osobówek firmowych, a kierowcy wracają na przysłowiowego stopa z inną firmą. Co z tego, że jedzie do Kalisza, liczy się zasada! Na szczęście gościu okazał się zajebisty, kiedyś pracował w Wedze, więc wcale go nie dziwiło zachowanie firmy. Powiem wam, że właśnie to, że facet był wyjątkowo sympatyczny i w porządku, poprawiło mi jakoś dzień.

zombomeme26012017001216

Reszta roku miała mi upłynąć na oczekiwaniu na dokumenty, jednak poinformowano mnie, że pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem będą przerzuty i jeśli chcę, to żebym się stawił. Nauczony już poprzednimi podejściami po świętach, zadzwoniłem z potwierdzeniem, abym znów na próżno czasem do firmy nie jechał. Potwierdzili mi dopiero koło godziny 11:30, gdy skończyli zebrania (codziennie w firmie biuro zbiera się na zebraniach operacyjnych, nie wiem czemu służą, ale przez około dwie godziny nic nie załatwicie). O 12:30 byłem na firmie, zanim przyjąłem ciężarówkę kolegi zrobiła się 13:30. Z firmy na pełnym gazie popędziłem do Białężyc po VW Craftera. Miałem nadzieję, że zrobię 3 przerzuty, a może załaduję się czwartym na jutro, jednak okazało się, że Białężyce pracują do 18:00, więc siłą rzeczy licząc 2 godziny na dojazd, 30 minut na załadunek i 2 godziny na powrót, po czym kolejne 2 godziny na dojazd, nie było szans na więcej niż jeden tego dnia, no cóż, odbiję sobie jutro.

 

Po jedynym przerzucie tego dnia zaparkowałem przy samej fabryce. Po jakiejś godzinie zaczęli zjeżdżać się podwykonawcy i tak trochę pogadaliśmy sobie, co i jak jutro, od nich dowiedziałem się że podwykonawcy z Pleszewa startują o 5:00,  więc będą tu ok. 6:30 (wydawanie aut zaczyna się o 6:00). Akurat pech chciał, że jestem z Pleszewa, pracowałem tam i byłem gotów się z nimi założyć, że transport z mego rodzinnego miasta będzie tu już po piątej. Nikt nie chciał mi wierzyć, więc pomyślałem, że może faktycznie przesadzam. Nazajutrz wstałem o 5 rano, nasypałem sobie płatków i wcinałem na zabudowie, patrząc na bramę. Gdy zostały mi już ostatki mleka w misce, dostrzegłem światło, potem obrysy i już wiedziałem, że podwykonawcy z Pleszewa przyjechali. Patrzę na telefon ‒ 5:26. No nic, trzeba się zbierać, bo zaraz zablokują parking. Nic bardziej mylnego, od razu bezpardonowo wpakowali się na bramę, blokując skutecznie drogę dojazdową i rondo. Siłą rzeczy strażnicy wpuścili ich, więc nie dużo myśląc, zeskoczyłem z zabudowy i pognałem odpalać auto. W międzyczasie zastanawiałem się, dlaczego nie założyłem się z kolegami z parkingu o to, że Pleszew będzie przed 6:00… Na więcej rozmyślań nie było czasu, rozpoczynał się wyścig szczurów (i nie chodzi mi o Autotransport Szczury).

 

Pierwszy przerzut bez problemu nawet szybko poszedł, wpadam na drugie kółko i już kierownik od nas z firmy, który został oddelegowany na plac do fabryki, poinformował mnie, że muszę poczekać, bo nie ma aut na przerzuty. No kurwa, zaczyna się, pomyślałem, kolejny raz genialne planowanie mojej firmy, znów szału nie zrobię, a tak liczyłem na te przerzuty, zwłaszcza że za jeden płacą 130 zł na rękę… Pogodzony z losem już zaczynałem się pakować do domu, modląc się, aby mi nie kazali jechać do Swarzędza zwieźć VW Caddy do Kalisza. Niby to też przerzut, tyle że z kilometrówki wychodzi 62 zł i Caddy muszę załadować 7 sztuk z kombinacjami, jak to upchać, Crafterów tylko 2, no ale po chwili na plac wpadło 8 busów, akurat dla mnie i trzech czekających na załadunek obok.

 

Już kiedy wyjeżdżałem z drugim przerzutem, powiedziano mi, że to ostatni i nawet nie byłem jakoś specjalnie zły, po prostu wiedziałem, że mogłem się tego spodziewać. Jednak zanim dojechałem na Kalisz, telefonicznie dowiedziałem się, że są dla mnie odłożone jeszcze dwa busy. No jasna cholera, sprawili się i załatwili mi trzecie kółko. Nie wiem, czy wypada, ale cieszyłem się z większej ilości roboty, bądź co bądź 130 zł więcej na koniec roku piechotą nie chodzi J Genialny za to tekst padł na końcu tej rozmowy: „Tylko nikomu nie mów, że jedziesz po trzeci, bo tylko ty masz, reszta robiła po dwa”. W sumie racja, po co innych wk*rwiać, problem leżał tylko w tej kwestii, że całe te przerzuty odbywały się jedną i tą samą wąską trasą, i chcąc nie chcąc, mijałem wszystkich, którzy z mojej firmy robili te przerzuty. Właściwie nie musiałem się odzywać, a i tak wszyscy wiedzieli po co jadę…

 

Tak więc w ten sposób zakończył się dla mnie rok 2016 w firmie Wega-A.  Żałuję tylko tego, że z powodu natłoku spraw, prywatnych i w pewnym sensie zawodowych zaniedbałem trochę bloga, a w szczególności nie zdążyłem złożyć Wam wszystkim życzeń. Jednak słyszałem kiedyś, że spóźnione, ale szczere liczą się podwójnie, tak że: „Zdrowia, szczęścia i słodyczy w całym 2017 roku ‒ tego wam dziś Adrian życzy!”. Powodzenia i szerokości wszystkim!

 

 

 

One Response

POST REPLY