Odchodzę! chociaż może się jeszcze zastanowię ?

Jak zapewne pamiętacie, ostatnio dość ostro wkurwiała mnie firma, w której pracuję, do tego stopnia, że w styczniu postanowiłem rzucić kwitami i wystąpić na drogę sądową, aby odzyskać środki, które mi się prawnie należą. Kłamstwem byłoby, gdybym powiedział, że nie znalazłem wśród środowiska związanego z firmą dość sporej grupy entuzjastów czy wręcz popleczników dla tegoż oto przedsięwzięcia. Aby nie wdawać się w szczegóły, dodam, że otrzymałem także namiary do kilku prawników, którzy z dziką rozkoszą zajęliby się przeczołganiem firmy po sądach, nie pobierając za to ani złotówki, a jedynie prowizję od zasądzonej sumy, chociaż największym zdziwieniem była dla mnie propozycja pomocy od konkurencji, którą najwidoczniej ucieszyłaby wizja odebrania mojej obecnej firmie licencji transportowej poprzez niespełnienie jednego z głównych wymogów, tj. „nieposzlakowanej opinii”.

 

Osobiście chciałem podziękować tym wszystkim osobom, które starały mi się pomóc i w mniejszym stopniu tej grupie osób, która bardziej niż do pomocy, dążyła do rozbuchania pomysłu walki o należne środki do rozmiarów krucjaty przeciw całemu przedsiębiorstwu. Niestety nie jestem zainteresowany niszczeniem firmy, angażowaniem się w wojny konkurencji czy sądowną walkę o odszkodowania. Mnie osobiście bardziej interesowało odzyskanie tylko tego, co mi się należy, tak po prostu. po ludzku chciałem pracować w firmie, w której moja pensja to nie suma przypadków, tylko wynik pracy mych własnych rąk i w której wiem, ile zarabiam. Chciałem przestać czuć się z każdym nowym miesiącem jak uczestnik koła fortuny tuż przed zakręceniem koła, aby dowiedzieć się, czy wygrałem, czy przegrałem.

 

Pewnie wielu z Was pomyśli, że jestem głupi, przecież mogłem zgarnąć kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy złotych. I nie powiem, że nie kusiło mnie to przez chwilę, jednak w świecie, w którym wszystko można kupić, a łacińskie przysłowie Homo homini lupus (Człowiek człowiekowi wilkiem) jest bardziej aktualne niż w czasie jego powstania, posiadanie zasad i honoru jest według mnie więcej warte. Tak wychowywał mnie mój ojciec, który lubił często powtarzać, że „słowo jest ważniejsze od pieniędzy” i „tylko ciężka praca człowieka wzbogaca”. Może dlatego będąc w okresie upadku komuny dość majętnym człowiekiem (był fotografem, posiadał kilka swoich zakładów w różnych miastach) na fali dzikiej prywatyzacji i wszędobylskich przekrętów nie stał się krezusem?

 

Ale wróćmy do tematu przewodniego, czyli mojego odejścia z firmy Wega-A. A więc… nie doszło do niego. Zapytacie pewnie: „Jak to, kurwa? Nie poszedłeś w cholerę z tego kołchozu?”. Odpowiadając na to pytanie, musimy cofnąć się do ostatniego postu, w którym zdecydowałem się na odejście. Zanim dojechałem do domu, zadzwonił do mnie nowy szef logistyki. (Nie specjalnie wiedziałem, kto to. Wiem, że wcześniej piastował inne stanowisko w firmie i bodaj ze dwa razy spotkaliśmy się na żywo). Nowy szef logistyki zaprosił mnie na rozmowę. W sumie nie bardzo wierzyłem, że jakakolwiek konwersacja będzie w stanie coś zmienić. Z poprzednim szefem logistyki dyskutowałem kilka razy i za każdym razem nic to nie dało, np. obiecał mi i koledze z firmy po 500 zł brutto za dwa i pół dnia pierdzielenia się z załadunkiem niepalących szrotów do Afryki, w dodatku ze Szwajcarii! Nie dość, że cały dzień się ładowaliśmy (nasze auta nie mają wciągarek, musieliśmy je ręcznie wpychać lub pasem po 10 cm), to na drugi dzień odstaliśmy dwanaście godzin za odprawą celną i pięć godzin w porcie w Parmie. Za tę robotę otrzymaliśmy poza przejechanymi kilometrami 78 zł premii…

 

Dlatego uważałem, że pójście na tę rozmowę to będzie raczej czas stracony i nic konstruktywnego z tego dialogu nie wyjdzie. No ale w sumie co mi szkodzi, pójdę po kwitki od wypłat, to mogę wstąpić do logistyki. W zasadzie spodziewałem się typowej rozmowy z szefem logistyki, czyli ja mówię, on patrzy w komputer i przytakuje, zapewniając, że postara się, ale akurat jest ciężki okres i bla bla bla… A tu zaskoczenie! Nie dość, że wykazał zainteresowanie rozmówcą (tak, patrzył w oczy!), to nie przytakiwał bezmyślnie, tylko rozmawiał jak z normalnym człowiekiem, nie kiwał głową, tylko rozwijał myśli czy wręcz dopytywał o większą ilość szczegółów, ba! przyznał, że jest nowy na tym stanowisku i jeszcze wielu rzeczy musi się nauczyć oraz że chce, aby kierowcy prowadzili z nim bezpośredni dialog, gdyż rozumie, że to kierowca jest tam na miejscu, wie jak to wygląda, co da się zrobić, a czego nie lub co można usprawnić, a tego nie pokaże mu tabelka na monitorze… Rozumiecie to?! Szef, podkreślam, szef logistyki przyznał, że czegoś nie wie, że chce prowadzić dialog z kierowcami, że im po ludzku ufa… (Większość z kadry zarządzającej ma nas za pijaków, leni i złodziei. Nie ukrywam, są i tacy, ale większość to porządni ludzie).

 

Chyba właśnie to sprawiło, że mu zaufałem, kiedy zapytał, czy nie zgodziłbym się wstrzymać z decyzją jeszcze miesiąc, ponieważ jest w trakcie wdrażania zmian w funkcjonowaniu logistyki, które mają w znaczący sposób polepszyć jakość planowania tras. Zapewnił mnie także, że osobiście będzie przyglądał się mym trasom i wynikom, ale nie na zasadzie, że będę dostawał najlepsze i najłatwiejsze trasy (chociaż przydało by się :P), lecz że będzie się to bilansowało i układało, a jednocześnie przekładało na lepsze wyniki.

 

Dość długo jeszcze rozmawialiśmy, i dziwne, ale polubiłem tego faceta przede wszystkim za zaangażowanie w swoją pracę. Widać, że ma wizję, że chce wykonywać pracę jak najlepiej, a nie byle odpękać do 16 i do domu. Ta roszada na stanowisku Papieża Logistyki to chyba najlepsza decyzja, jaką podjął zarząd od długiego czasu…

 

Ale czy faktycznie coś z tego wyjdzie? Czy po prostu stałem się łatwowierny i dałem się namówić grą pozorów? Na pewno nie omieszkam o tym napisać w następnym poście!

One Response

POST REPLY