Nowy rok, nowe możliwości! Czy aby na pewno? Styczeń

Pamiętacie mój opis grudnia? Ogólnie był to tylko kolejny miesiąc pod górkę i powoli miałem tego dość. Idąc jednak tropem tych wszystkich, jak mi się wydaje, nieudaczników, czyli leniwych spaślaków, lasek, które nie potrafią o siebie zadbać, przez co wyglądają jak pięćdziesięciolatki z pięciorgiem dzieci, mając połowę tego przebiegu, wiecznie narzekających na swoje życie czy wreszcie magistrów po „stosunkach międzynarodowych” (czy innych badziewnych studiach), którzy zapieprzają na wykłady złudzeni lipną reklamą kierunku dającego wspaniałe perspektywy (na przykład karierę urzędnika unijnego) lub rzucają się na byle kierunek, gdzie wymagania są niskie, a jednocześnie sam fakt studiowania uszczęśliwia rodziców łożących na edukację upośledzającą tego człowieka, dla którego z tytułem magistra jedyną pracą, do której się łapie, jest ładnie brzmiące na umowie stanowisko „specjalista obsługi klienta”, co sprowadza się do tego, że nie musi już nosić plakietki „Uczę się” i recytować z uśmiechem na twarzy: „Zestaw normalny czy powiększony? Czy do tego WieśMac’a chce pan dołożyć za złotówkę dodatkowy ser?”, więc idąc ich tropem, po ostatnich rzucanych w pracy kłodach, pokładałem wiarę, iż z nowym rokiem wszystko się zmieni! Bądź co bądź, nowy rok, nowy ja!

 

Koniec 2016 roku zakończył się tym, iż na naszym placu w Kleszczowie stał już mój pojazd załadowany oplami do Włoch, co nastawiało mnie optymistycznie. Wszystko zmieniło się podczas jazdy firmowym autem do Kleszczowa. Gdy zadzwonił telefon, na którym wyświetlił się numer spedytora, moja powieka już wpadła w nieprzyjemne wibracje…

I jak na ironię wcale się nie pomyliła, okazało się bowiem, że muszę rozładować ople, które mam na sobie i zamiast tego załadować znajdujące się na placu kie sportage, gdyż jakiś, kurwa, kretyn nie potrafi ich załadować, więc wcisnęli mi jego ładunek. Dodatkowo zamiast lecieć do Włoch, mam zapierdalać do Bremerhaven (Niemcy). No pięknie, myślę, nie dość, że przeczołgali mnie w grudniu (i cztery miesiące wstecz) jak burą sukę, to już od nowego roku zamierzają kontynuować ten logistyczny cyrk. Przeklinając pod nosem, zabrałem się do ładowania tych pierdolonych koreańczyków, wyobrażając sobie, jak w firmowym biurowcu, jedna po drugiej odpadają głowy tym łajzom… Jedyny plus tej wymiany był taki, iż akurat miałem z sobą swoją nową kamerę sportową i mogłem to uwiecznić, marząc o karierze „Spielberga od załadunków”.

Kleszczów ==> Bremerhaven

 

 

Do Bremerhaven pędziłem jak szatan. Na szczęście rozładunek poszedł w miarę gładko, a ja pocieszając się, myślałem, że może spedycja to nie stado szympansów i teraz pojadę na drugą stronę załadować długą trasę na Włochy, może to będzie Cassino? Około dwóch tysięcy kilometrów w jedną stronę! Aż za Rzym! (W końcu słyszałem już od kolegów, jakie ładunki mieli po nowym roku, kilku leciało do Cassino, a co najgorsze, garstka pierdolonych szczęśliwców zapierdalała sobie dziarsko na Hiszpanię! Ja się pytam, jakim, kurwa, cudem, ktoś dostał trasę do Hiszpanii? Przecież my tam nie latamy?). Nie, ja jednak nie mam takiego szczęścia lub robią mi na złość… Dla mnie przygotowano mercedesa z Bremen (Niemcy) do Creutzwald (Francja), całe 500 kilometrów z haczykiem szczęścia, dodając do tego totalną olewkę ekipy z Creutzwald odnośnie sprawnej i szybkiej kontroli, na którą czekałem bite trzy godziny po rozładunku. Rachunek wydał mi się równie atrakcyjny, co zapijanie śliwek kefirem…

Bremerhaven ==> Creutzwald

 

Po rozładunku mercedesów w Creutzwald miałem cichą nadzieję na jakąś daleką trasę, może Sindelfingen (Niemcy, Mercedes) do wymarzonego Cassino (Włochy)? To się może zdarzyć! Ewentualnie już bym nawet zadowolił się Rastatt (Niemcy, Mercedes) do Kopru (Słowenia) i chociaż punkt docelowy trasy, jaką dostałem, zgadzałby się z życzeniem, o tyle miejsca i auta, które miałem załadować, darzę szczerą nienawiścią… Mianowicie dostałem ładunek 11 sztuk smartów z Hambach (Francja) do Koper (Słowenia). Ale pocieszałem się tym, że przynajmniej w Słowenii powinna być ładna pogoda, a dodatkowo Koper to bardzo ładne miasto, w którym spędzę weekend.

Hambach => Koper

Nie myliłem się! W całej Europie śnieg, a tam 9 stopni na plusie, ładna pogoda i widoki, więc niewiele myśląc, zdecydowałem, że tam nagram pierwszy odcinek zapowiadający mój kanał na YouTube. Jeśli dodać do tego, iż o ile mam pewne doświadczenie odnośnie pracy z kamerą (ojciec był z zawodu i pasji fotografem i wielokrotnie towarzyszyłem mu przy filmowaniu wesel, komunii czy innych uroczystości), o tyle nie miałem żadnego doświadczenia odnośnie znalezienia się po drugiej stronie obiektywu, że o pracy z mikrofonem reporterskim nie wspomnę…  Do nagrania wybrałem koniec jednego z deptaków mariny,  stałem przy krawędzi kamiennego okręgu, za plecami mając morze, czyste niebo oraz kawałek lądu okalającego port, było idealnie! Oczywiście do momentu, gdy zrozumiałem, że zżera mnie trema, zaczynam się jąkać, błądzić wzrokiem, a scenariusz, który napisałem w głowie, powinienem był jednak zorganizować w formie papierowej. Nie pomógł fakt, iż po kilku minutach, które spędziłem na kombinacjach, zebrała się grupka gapiów oglądających mnie jak małpę w zoo… Może myśleli, że przyjechał Makłowicz? W sumie trochę mi się przytyło od czasów szkolnych, ale nie taszczyłem ze sobą stołka turystycznego, kuchenki i żadnych produktów spożywczych… Z tego wszystkiego nawet nie pomyślałem, że przypięty do koszulki mikrofon trze o łańcuszek od mojego nieśmiertelnika. Po wybełkotaniu w końcu w miarę składnie tego, co chciałem powiedzieć, czym prędzej spakowałem sprzęt i ku wyraźnemu zawodowi gapiów udałem się dość szybkim krokiem z powrotem do części przemysłowej miasta, gdzie miałem auto. Do dzisiaj nie mogę zrozumieć, na co ci ludzie liczyli? Że wyciągnę królika z rozporka? A może wzięli mnie za podróżnika i chcieli się załapać do telewizji? Chociaż to głupie, gdyż kamera sportowa przypomina małą paczkę papierosów, więc gołym okiem widać, że to produkcja z kategorii amatorskiego porno. Możliwe, iż zaciekawił ich mój język, dziwnie podobny do słoweńskiego?

 

 

Materiał z tego wypadu obejrzałem dopiero w niedzielę popołudniu, gdyż dzień wcześniej trochę zabalowaliśmy z dwoma rodakami na rzeczonym parkingu. Okazało się, że wspomniany powyżej nieśmiertelnik zniweczył cały mój trud. W miarę upływu sekund trzaski wytworzone poprzez kuleczkowy łańcuszek stawał się coraz bardziej nieznośny. Super, cała robota na marne, a już za późno, by wracać tam znów i kręcić od początku. No nic, trzeba zacisnąć poślady i zrelaksować się tymi ostatnimi godzinami do poniedziałku.

 

 

O 8 rano stawiłem się w porcie do rozładunku. Niestety po nowym roku port jeszcze chyba nie potrafił się otrząsnąć, więc spędziłem w nim 13 godzin, w których udało mi się rozładować smarty i załadować 3x ford transit na następną trasę Koper (Słowenia)  do Aligse/Lehrte (Niemcy). Po wyjeździe z portu biegiem na pierwszą stację w Kozinie i spać! Po przejechanych w poniedziałek praktycznie 30 kilometrach i mając na uwadze, że to mój drugi tydzień w trasie i z Aligse/Lehrte będę i tak na pewno jechał z VW z Wolfsburga do Poznania, pozwoliłem sobie trochę sfolgować z zapierdalaniem, tak czy tak, rozładuję się w środę.

Koper => Aligse/Lehrte

W nocy z wtorku na środę obudził mnie dźwięk alarmu samochodowego. Będąc święcie przekonany, że komuś się sam włączył lub ktoś się włamuje do którejś ze stojących obok ciężarówek, odchyliłem zasłony, aby zobaczyć, czy to nie czasem stojącą obok ciężarówkę. Niestety migotanie świateł awaryjnych odbijających się w lusterku dobiegało z mojej zabudowy, to jeden z fordów! Pierwsza myśl: „Wpierdalają mi się do aut!”. Niewiele myśląc, momentalnie się ubrałem, uważając, aby moje ruchy nie zdradziły włamywaczom, że kierowca się zbudził, wsadziłem nóż kuchenny za pas spodni, w jednej ręce trzymając rurę od klucza do kół, w drugiej latarkę, biegiem wypadłem z kabiny z chęcią mordu! Okazało się, że nikogo nie ma, a ford wyje nieruszony. Dopiero po chwili dotarło do mnie, jakim jestem idiotą. Obudził się we mnie Rambo, a zaspany umysł nie przetworzył informacji, iż ryzykowałem zdrowiem, w najgorszym wypadku życiem, dla samochodów, które i tak są ubezpieczone oraz dla firmy, która ma na mnie totalnie wyjebane i tak samo miałaby na moje obrażenia. No nic, pomyślałem, poniosła mnie charakterystyczna dla Polaków tzw. „ułańska fantazja”. Teraz najważniejsze było, aby wyłączyć ten jazgot, który pobudził już pół parkingu. Wskoczyłem do kabiny po kluczyki, szybkie klik i ford się uspokoił. Obszedłem dla pewności auto, aby utwierdzić się, że wszystko dobrze, czy aby na pewno nikt nie próbował dostać się do środka forda lub że któraś z szyb nie jest otwarta. Mało nie spadłem z pokładu, gdy ten cholerny złom rozpoczął znowu swój jazgot, tym jednak razem nie dało się go uciszyć, więc skoczyłem do forda, licząc że odpalenia tego żelastwa uciszy alarm, jednak i to nic nie dało… Chwila ciszy i znów napierdalały syreny, sprawdziłem już wszystko, a ten wyje i wyje, silnik sam gaśnie, no jasna cholera, tego już wystarczy! Czas na doraźne środki, trzeba rozłączyć akumulator! Wtedy wyć nie będzie, a drzwi zamknę manualnie! Prościej powiedzieć, niż zrobić. Akumulatora szukałem 15 min, nigdzie nie widziałem oznaczeń czy dogodnej lokalizacji. Okazało się, że akumulator jest zabudowany pod siedzeniem kierowcy, a żeby się do niego dostać, trzeba odkręcić 6 śrubek. Normalnie marzyłem o tym, aby na wpół ubrany o pierwszej w nocy szukać nasadowej trzynastki i dziewiątki w kabinie. Jednak wszystko to nie mogło się równać z momentem, w którym odłączyłem sukinsynowi fazę, a jazgot, który gwałcił me bębenki uszne niczym słynna interpretacja hymnu w wykonaniu Edyty Górniak, zamilkł na dobre i powrócił na łono szatana, który prawdopodobnie go skomponował!

 

Czas było spać, bo już za 3 godziny trzeba ruszać! Na rozładunek wleciałem o 12. Okazało się, że plac jest pełen i na wjazd czekałem pół godziny. Na moje szczęście kazano mi zająć miejsce do rozładunku za częścią magazynową, jakieś 200 m od placu. W dodatku schowany za budynkiem mogłem bez skrępowania podłączyć akumulator w fordzie, nie obawiając się, że ktoś się zainteresuje tym, że w ogóle go dotykałem. Całe szczęście przestał wyć. Jedyny problem był taki, że auto zgasło mi 10 m przed miejscem, w którym je miałem postawić. Na szczęście jakoś dokulało się ten kawałek, no teraz niech się z tym gównem Niemcy bujają, najważniejsze, żeby podbili dokumenty, zanim ta kupa złomu znowu zacznie swój skowyt o serwis.

 

Jak przewidywałem już w poniedziałek, następna trasa to Wolfsburg (VW, Niemcy) do Poznań (Polska). W sumie wiedziałem od momentu, kiedy dostałem ładunek do Aligse, że kilometrów zrobię w drugim tygodniu tyle, co kot na płakał. Jeden plus, że od rana w czwartek rozładuję się w Poznaniu i popędzę do Swarzędza załadować też VW już na poniedziałkowy wyjazd. Oczywiście okazało się, że VW w Poznaniu (salon i plac przerzutowy, nie fabryka) w pełni zasłużył na swoje miano najgorszego placu w Polsce… Za pozwoleniem na rozładunek czekałem 5 godzin, na kontrolę 1,5 godziny, przez co nie starczyło mi czasu pracy na załadowanie się na następny wyjazd w Swarzędzu. Musiałem zostać w pracy jeszcze do piątku, zamiast wracać do domu. Plac w Swarzędzu należy do firmy STS (ta sama firma obsługuje plac VW w Poznaniu) i choć nasza firma ma ładunki z kontraktu z VW, to kolejnością wjazdu dyryguje STS, a z racji, iż nasza firma jest ich jedyną tak dużą konkurencją w okolicy, robią co mogą, aby uprzykrzyć nam życie, więc czekając za wjazdem na załadunek od ok. 9 rano, będąc mijanym w kolejce przez różne inne firmy, zastanawiałem się, dlaczego VW, jako szanująca się firma, czegoś z tym nie zrobi? Przecież to może mały, ale jednak cios w wizerunek, mogliby wziąć przykład z Mercedesa, który naprawdę dba o logistykę swych aut. Przykładowo, na rozładunek z Mercedesem czeka się maksymalnie około godziny, jeśli plac jest pełen, a gdy jest miejsce, wjazd jest bez kolejki i z tym STS choćby chciał, nic nie zrobi, gdyż Mercedes sobie na takie coś nie pozwala, aby przepychanki i złośliwości firm między sobą spowodowały choćby minimalne prawdopodobieństwo, aby logistyka aut nie odbywała się płynnie. (Wyjątkiem są Francuzi w Creutzwald).

 

 

Na załadunek wjechałem po 6 godzinach… Za to podziwiam STS, jak można być takimi łajzami… I o ile przyprowadzanie aut z placu pod ciężarówkę do załadunku idzie im płynnie, o tyle po wszystkim następuje dość osobliwy rytuał oczekiwania za gościem, który mierzy wysokość auta i wydaje zgodę na wyjazd, jeśli większość zmian jest w porządku. Jest tam też jeden kurwi syn, który bezczelnie gapi się na plac przez okno i ani myśli przywlec swojej dupy, póki nie minie przynajmniej 1,5-2 godziny od załadunku. Następnie około 30 min trzeba czekać (pod warunkiem, że nie zapomni) na przesłanie potwierdzenia mierzenia do biura, wtedy wydają listę załadunkową, z której trzeba wypisać CMR, następnie lecieć do pracownika ochrony oddelegowanego na plac po pieczątkę i dopiero można jechać na bramę. A żeby było jeszcze ciekawiej, to z racji, iż dostałem ładunek Swarzędz (VW, Polska) do Koper (Słowenia), musiałem zrobić dokumenty celne, co wiązało się z przejechaniem 300 m od bramy wyjazdowej, wjechaniem na plac przy jednej z hal fabryki VW, zapierdalaniem dookoła hali, po czym wspinaczce po schodach, korytarzu, następnych schodach oraz korytarzu, aby doczołgać się do agencji celnej, gdzie trzeba odstać pod drzwiami jakieś 20 min za dokumentami celnymi, po czym wrócić tą samą drogą do auta i dopiero wtedy mogłem jechać w trasę.

 

Na szczęście pierwszy wyjazd w tym roku wreszcie się skończył, czas wracać na weekend do domu. Przemyśleć, czy warto tu jeszcze pracować, zastanowić się, czy nie pozwać firmy o pieniądze, które mi się należą, gdyż płatność za same kilometry jest przy takich wyjazdach co najmniej niesprawiedliwa, bądź co bądź drugi tydzień pracy w nowym roku składał się z trzech dni jazdy i dwóch stania na rozładunkach/załadunkach… Naprawdę zaczynam być na siebie wściekły, że zatrudniłem się w firmie z takimi warunkami.

2 komentarze

POST REPLY