Nowy rok, nowe możliwości! Czy aby na pewno? Styczeń cz.2

Po uspokojeniu się w weekend czas było wracać do pracy. Bardzo niechętnie wstałem w poniedziałek o piątej rano, aby dowlec się do Kalisza na szóstą. Nie do końca jestem pewien, czy to efekt krótkiego snu, czy faktu, że już koniec miesiąca, a ja nadal nie mam wyjechanych przyzwoitych kilometrów do wypłaty. No ale będąc ufnym, że po każdej burzy wychodzi słońce, po cichu liczyłem, że ten wyjazd sprawi, iż mój pech się odwróci, że tym razem będzie dobrze i dobiję kilometry do godziwej pensji na koniec miesiąca, a więc w drogę….

 

Oczywiście okazało się, że serwis nie dokończył naprawy auta, przez co musiałem na placu gnić do 13, a z racji, iż w między czasie mi się przysnęło, to wystartowałem z bazy o godzinie 16.

 

Pędząc z Kalisza do Kopru, musiałem przebić się zapizdziami aż do Strzelec Opolskich, z których wskoczyłem na autostradę A4, niecałe 40 kilometrów i zjazd na nasz plac w Kleszczowie, gdzie miałem dotankować i wykręcić 45 minut pauzy. Na plac wjechałem po 20 i pierwsze, co mnie uderzyło, to obecność na placu kierownika Grzegorza. Będzie grubo, pomyślałem, widząc, że poza kierownikiem jest jeszcze dwóch chłopaków, tzw. „placowych”. patrząc na ich miny, widziałem, że coś się stało, ale co? Oto jest pytanie. W jednej z rajek ktoś wypakowywał się z auta, może jakiś Ukrainiec wrócił dopiero z miesięcznego wyjazdu? No ale nic to, zaparkowałem swojego klamota i dreptam do biura, raz że z ciekawości, dwa że lubię Grzegorza i przyjemnie się z nim gada. Więc już od wejścia zaczepiłem go o godzinę, w której jest pracy, żartując, że tak nadgodzin nie wyrobi, a jeśli wyrobi, to i tak mu nie zapłacą 😀 Ale do rzeczy, co tu robią?

 

Wyjaśnienie nocnej obecności w pracy mnie po prostu rozwaliło. Okazało się, że kierowca przyjęty około trzech miesięcy temu został zatrzymany za prowadzenie ciężarówki pod wpływem alkoholu. Ale najlepszy był sposób, w jaki doszło do zatrzymania. Gościu przychodząc do pracy, był rześki, trzeźwy, czysty i schludny. Przecież gdyby było od niego czuć gorzałę, nikt nie pozwoliłby mu wsiąść do ciężarówki. Wyjechał z placu do fabryki Fiata w Tychach, gdzie doświadczony kierowca miał mu pomóc z załadunkiem, jednak po drodze postanowił zjechać na stację przy autostradzie. Wedle relacji zajechał na luzaku pod dystrybutory koło wejścia i poczłapał prosto do półki z piwem, zabrał dwa czteropaki i do kasy. Kasjerka zobaczyła dwa czteropaki, następnie uderzyła ją woń alkoholu, a potem wychyliła się twarz naszego kierowcy, którego przed chwilą widziała, jak zajechał ciężarówką pod dystrybutory. Zareagowała błyskawicznie, poprosiła o chwilę cierpliwości, udała się na zaplecze i zawiadomiła policję. Nim nasz gagatek zdołał opuścić sklep i wciągnąć się do kabiny, policja już przy nim była. Szybkie dmuchanko i na maszynce wyskoczyło „oczko”, czyli 2,1 promila. Jak się później okazało, gościu dopił tak od wyjazdu z placu, gdyż w kabinie walały się puszki i butelki. Ten idiota pił i jechał. Jakby mu jeszcze było mało, to pod kamerami nie dość, że radiowozu, to jeszcze stacji, proponował policjantom 1500 zł za odstąpienie od czynności.

 

No gratuluję gościowi instynktu, teraz nie tylko będzie miał sprawę o prowadzenie auta w stanie nietrzeźwym, ale gratis dowali się prokurator za próbę przekupstwa funkcjonariuszy. Jak się pewnie domyślacie, to właśnie ten osobnik, który wypakowywał się z kabiny na placu. Grzegorz z chłopakami ściągnęli ciężarówkę na plac i odebrali tego debila z komendy. Po tej opowieści nie miałem dla gościa praktycznie żadnego szacunku, ale jego resztki stracił swym zachowaniem na placu. Mało, że upił się na placu już do końca, to jeszcze nic sobie nie robił z powagi sytuacji i wręcz żartował, że dla niego to normalne, gdyż na trzeźwo boi się jeździć. Oj nie, myślę sobie, trzeba spierdalać w drogę, nie ma co z się z debilem dalej użerać.

 

Zostało mi jeszcze cztery i pół godziny jazdy, powinienem dojść na „Kuty” (to duży parking zaraz za granicą czeską na terytorium Słowacji). Jazda w nocy, gdyby nie zmęczenie, byłaby najlepszą rzeczą. W nocy nie ma praktycznie ruchu, można zapierdalać, więc bez problemu doszedłem na „Kuty”, gdzie spokojnie zaparkowałem.

 

Następnego dnia czekał mnie przejazd przez Słowację, Węgry, wjazd do Słowenii, a może nawet rozładunek w Koprze? W 4,5 godziny przejechałem Słowację i Węgry. Od kiedy Węgrzy otwarli nową autostradę od Gyoru do Szambolethy, czas przejazdu skrócił się o około godzinę. Wcześniej, kiedy trzeba było wlec się „lądówkami”, była to katorga. Na czterdziestkę piątkę zatrzymałem się na stacji Petrol w Murskiej Sobocie (Słowenia). Petrol w Murskiej Sobocie to jedna z najlepszych stacji w Europie na jakich bywałem, posiadająca bardzo duży parking, darmowe toalety i prysznic, które nie wyglądają jak sławojki na Woodstocku. Dodatkowo za 1,50 euro otrzymujemy 24 h dostępu do WiFi na parkingu, a więc jest to niewątpliwy plus. Podczas postoju przyszła wiadomość, iż w Koprze są problemy i port nie pracuje. Momentalnie chwyciłem za telefon i kręciłem do każdego kumpla po kolei, aby dowiedzieć się, co się dzieje. Okazało się, iż szalejący sztorm i towarzyszący mu wiatr pustoszy port, ponoć spadło kilkanaście kontenerów, zerwało jakieś dachy, a wszystkie ciężarówki stoją na parkingu przy porcie oraz na wszystkich drogach dojazdowych. No zajebiście, myślę, to się rozładowałem, ale przynajmniej podjadę bliżej, aby jutro być tam od rana. Nie wiem, co mnie tknęło, aby zadzwonić do kolegi, który jechał z pięć godzin przede mną. Jego relacja rozwaliła mi system, on stanął godzinę wcześniej około 100 km od Kopru i ledwo znalazł miejsce, ponieważ już od tamtego miejsca wyświetlają się informacje, iż dojazd do Kopru dla ciężarówek jest zamknięty, więc lepiej, abym został do jutra na Murskiej Sobocie.

STS Swarzędz => Koper

No nic, ciśnienie mi podskoczyło, ale co robić, położyłem się spać z myślą, że wystartuję z samego rana. O 5 wyleciałem z parkingu, wydawało mi się, że teraz już wszystko będzie OK, nic bardziej mylnego. Na bramkach około 30 kilometrów przed portem policja blokowała przejazd. Jak się dowiedziałem, do Kopru nadal nie wolno było jechać. Dobra, ale czy mogę chociaż stanąć na stacji 300 m za bramkami? Okazało się, że mogę, niestety policjant skierował mnie na bramkę zjazdową, ale nie tę, o którą mi chodziło, prawie przebiłem się do Włoch. Na przejściu granicznym z Włochami zawróciłem, wjechałem z powrotem na autostradę, jednak tym razem już za bramkami (to przejście, na którym zawracałem, nie służy dla samochodów ciężarowych) i po ujechaniu autostradą 300 metrów, zjechałem na stację i pauza. Całą resztę dnia nic się nie ruszyło, więc siedziałem w kabinie i gniłem ze złości do czwartku. W czwartek port już pracował, więc kluczyk w prawo i gnam do portu, i tu szok, kolejka oczekujących kończyła się 2 km od portu. No i teraz co?

 

Wkurwiony jak Kaczyński na Tuska powlokłem się niczym słynny tułacz z Pacanowa do biura BLG Logistic z papierami. Oczywiście w biurze kolejka jak za PRL, zanim przebiłem się do okienka, minęła godzina. Kiedy dostałem kwitek na wjazd, biegiem do kabiny, jakby mnie stado homoseksualnych murzynów goniło, jak się okazało niepotrzebnie, bo przed bramą wjazdową do portu odstałem następne 30 minut. Stojąc tak w tej kolejce, ogarniał mnie coraz większy spokój, czułem, jak mam wyjebane po całości na tę pracę. W tym przypływie błogiego stanu przypomniało mi się, że muszę jeszcze zabrać papiery na załadunek, zanim wjadę do portu, więc dziarsko niczym posłanka Grodzka na paradzie równości udałem się do biurowca Intereuropa po dokumenty, zostawiając samochód na poboczu.

 

Po przebojach z wjazdem, byłem gotowy na następne turbulencje już w porcie, ale o dziwo poszło mi wyjątkowo gładko. Rozładowałem bezszkodowo VW, załadowałem trzy fordy transit do Niemiec i udałem się na granicę z Austrią.

 

Wydawało mi się, że teraz to już pójdzie z górki. Jak rozładuję fordy w Mutlangen w Niemczech, miałem pojechać do Rastatt (Niemcy) po mercedesa, którego miałem zawieźć do Poznania. Trochę lipa, do domu zjadę we wtorek, to już lepiej polatać przynajmniej do piątku. Z tą myślą zadzwoniłem do spedycji, zaznaczając, iż zostanę, jeśli mają trasę do nadrobienia kilometrów. Na szczęście okazało się, że mają Hambach (Francja) do Koper (Słowenia). W sumie, pomyślałem, że nie ma sensu brać pod uwagę, ile odstałem przed chwilą w Koprze, zanim tam dojadę ze smartami z Hambach to już powinien port pracować normalnie, problem był tylko tej natury, iż załadunek miał odbyć się w poniedziałek. A chuj bombki strzelił, gwiazdki ni bydzie, pomyślałem, niech będzie ten poniedziałek. Jednocześnie zastrzeżono mi, abym weekend spędzał w Niemczech, gdyż we Francji jest zakaz, a firma nie zafunduje mi hotelu 😀

 

W poniedziałek zajeżdżam do fabryki Smarta w Hambach i jakie wielkie było moje zdziwienie, gdy dostałem trzy listy załadunkowe, noż kurwa jasna… Zamiast Hambach (Francja) – Koper (Słowenia) te pierdolone niedojeby zaklepali mi Hambach (Francja) – Hamburg (Niemcy), czyli dealerkę po salonach, dokładniej mówiąc ‒ trzy miejsca rozładunku. O nie, kurwa, to już przegięcie, wiedziałem, że na rozwózkę tych aut po salonach zejdzie mi cały dzień za psi chuj, bo przecież kilometrów nie zrobię, a cały dzień będę się szarpał jak Beduin.

Jadąc do Hamburga, komponowałem na komunikatorze firmowym tekst wypowiedzenia. Byłem już zmęczony ciągłymi problemami z tą firmą: albo chujowe trasy, a jak była dobra to istniało 50% szans, że zmienią mi ją w ostatniej chwili, żeby któryś z „pupilków” mógł sobie wyjechać kilometry, albo ciągłe awarie samochodu, bo przecież na chuj naprawić raz a porządnie, godłem firmowego serwisu powinien być Syzyf, dokładnie taki sam efekt ma ich praca, no i jeśli żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła, to jeszcze na końcu stał dyrektor odpowiedzialny za premię. Jeśli chciało się premię dostać, to trzeba było się o nią wykłócać. Ba, najbardziej podoba mi się podejście do kwestii finansowych, firma dumnie wystawia swoje ogłoszenia o pracę, wabiąc potencjalnych pracowników możliwością zarobku ponad 9 tys. na rękę w miesiąc, atrakcyjnymi premiami, nowoczesnym taborem, ogólnie na reklamie firma do rany przyłóż, ja mam niestety odmienne zdanie, dlatego zamierzam się z nią rozstać, a należne mi pieniądze wywalczyć przed sądem…

Hambach => Hamburg (W trakcie rozładunku pierwszego miejsca, oczywiście na ulicy…)

 

 

Hamburg

Rozładunki w Hamburgu poszły tak, jak myślałem ‒ cały boży dzień, wieczne korki, dostawy do salonów mieszczących się w wieżowcach w centrum. Byłem mentalnie wykończony. Na środę dostałem trasę Bremerhaven (Niemcy) do Swarzędz (Polska). Do załadunku tylko trzy mercedesy, więc poszło wyjątkowo szybko. W czwartek byłem już w Swarzędzu, i tu niespodzianka, obchodząc auto czwartkowym rankiem, dostrzegłem olej na feldze od osi napędowej. Noż kurwa, poszedł uszczelniacz!

Bremerhaven => Poznań (Gdybym nie obłaził auta to bym nie zobaczył wycieku -.-)

Nie wiem, po co zgłosiłem to kierownikowi serwisu, przecież i tak się zwalniam, to po chuj jeszcze będę latał serwisować ten złom, no ale jak już zgłosiłem, to trzeba być na tyle przyzwoitym i dokończyć, co się zaczęło. Po kilku chwilach dostałem adres do DAF-a przy firmie Rabben w Gądkach koło Poznania, tam byłem umówiony na serwis. Po odstaniu pół dnia, zanim nadeszła moja kolej, dowiedziałem się, że jednak nie zrobią mi tego, ponieważ mój zestaw jest za długi i zajmie im cały kanał, a na tej naprawie nie zarobią tak jak na innych i w sumie im się nie chce…

 

No co za pierdolone gnoje! Kryptogeje niedoruchane! Po poinformowaniu o zaistniałym fakcie szefa serwisu dostałem polecenie udania się na serwis do Paczkowa. W sumie mogłem jechać się od razu rozładować, ale pomyślałem, że szybko mi wymienią uszczelniacz i rozładuję się w piątek na luzie, a resztę dnia spędzę na wypakowywaniu się z kabiny.

 

To był błąd! Ja pierdolę, nawet odejść mi nie da ten jebany złom! W czwartek rozebrali mi koło, ale uszczelniacz razem z piastą (akurat w tym modelu wychodzi tylko jako komplet) jedzie z Warszawy i będzie w piątek do południa. Zajebiście, czyli rozładunek piątek po południu, no nic, niech będzie.

 

Piątek

Uszczelniacz przyszedł o 14,,a o 15 okazało się, że nie pasuje!!! Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać, delikatnie stresuje mnie myśl o tym, że coraz łaskawiej spoglądam na kanister z benzyną stojący w koncie hali w kontekście ostatecznego pogrzebania tego złomu w czeluściach ognia piekielnego. Koniec końców stanęło na tym, że części udało się dorwać w sobotę rano, a o 13:30 udać się na rozładunek i załadunek. Zapytacie, po co się ładowałem? Tylko i wyłącznie dlatego, że wypowiedzenie ma okres dwóch tygodni, więc jeszcze jeden wyjazd przed mną, a potem narazie dziadtransie! Dalej będziemy się widywać już tylko w sądzie!

 

POST REPLY